Mama na diecie

czwartek, 19 października 2017

I w końcu przyszedł ten moment, że podjęłam decyzję o pójściu do dietetyczki. Niby nic w moim życiu się nie zmieniło, ale od jakiegoś czasu żyłam w coraz większym biegu, również zawodowo, co przekładało się na stres. Waga rosła, a ja coraz bardziej nie lubiłam swojego wyglądu. Bo czym innym są rozstępy pociążowe, a czym innym tłuszcz. Po prostu tłuszcz.


Powiedzmy, że mam wystarczającą wiedzę z dietetyki, żeby zdrowo schudnąć. I dwa razy mi się to bardzo skutecznie udało. Ale tym razem jakoś było pod górkę. Bo największym niedoborem w tym całym równaniu był czas. Rzecz, której nie da się kupić.

Pani doktor (doktor medycyny) zabrała się za wszystko metodologicznie. Pobrano mi kilka fiolek krwi i wyszło, że mam lekką insulinoodporność, która przy takim trybie życia i poziomie tłuszczu może skończyć się za kilka lat cukrzycą. Bo w tym wszystkim naprawdę nie chodzi o wygląd, a o zdrowie.
O dziwo pani doktor podarowała mi to, czego tak bardzo mi brakowało. Czas. Nie wyobrażałam sobie codziennego gotowania, bo w weekend gotowanie obiadu zajmowało mi ponad godzinę. Codziennie? Czyli kiedy? Od 23 do 24? A przepisy, które dostałam są tak bajecznie proste, że gotowanie obiadu zajmuje mi kilkanaście minut. Najwięcej czasu zabiera mi obecnie robienie zakupów, bo jeszcze gubię się w swoim sklepie, szukając ciecierzycy czy soczewicy ;)

Posiłki są duże. Zdałam sobie sprawę, że wcześniej jadłam za mało. Zwykle założeniem diety jest, że pacjentom obkurcza się żołądek, a ja siedzę nad talerzem i nie daję rady. Ale dzięki temu nie czuję głodu, w tym duuuużo rzadziej łapię głód na słodycze.

Już widzę pierwsze efekty. Mam nadzieję, że wystarczy mi siły i niedługo pokażę Wam zdrowszą mnie. Trzymajcie kciuki! Mocno!


0 komentarze

Publikowanie komentarza