Moje dziecko takie dorosłe

wtorek, 18 października 2016
Dzisiaj było zebranie członków spółdzielni. Byłam przekonana, że jest na sąsiedniej uczelni, jak wszystkie inne spotkania spółdzielni, to jednak było w jej siedzibie. Zorientowałam się już pod klatką. Bez wózka. Szkoda mi było czasu, żeby się po niego wrócić, myślałam, że wezmę Marynię na ręce. Ale ta jak na złość nie chciała ani na ręce ani na barana. Chciała iść.
 
Po parudziesięciu metrach powolnego marszu zrezygnowałam. Stwierdziłam, że nie ma sensu iść na spotkanie, bo w takiej sytuacji mocno się spóźnimy. Przykucnęłam przy córce i próbowałam jej tłumaczyć, że się śpieszymy i że muszę wziąć ją na ręce. A ona się o to popłakała. Powiedziałam, że w takim razie możemy wracać do domu. Bo nie ma sensu iść takim tempem.
 
Popatrzyła na mnie poważnie. "Szybko szybko" zawołała, odwróciła się w kierunku naszego spraceru i zaczęła truchtać, sama nie wiedząc dokąd. "Naprawdę chcesz biec?". "Tak". Przetruchtała tak całą pozostałą drogę, jakieś 600 metrów. Kilkakrotnie odmówiła niesienia (poza momentami, gdy jechał samochód).
 
Moja córka taka dorosła. Ja odpuściłam, a ona zawalczyła.

0 komentarze

Publikowanie komentarza