Chora

sobota, 27 czerwca 2015
Marynia mało chorowała. W grudniu złapała jakiegoś mocnego wirusa, chyba rota. Potem mnie mocno "połamało", ale ona przetrwała, a w maju mąż coś przyniósł i poszedł rodzinny łańcuszek. Ale powiedzmy, że było to standardowe przeziębienie, oczywiście w przypadku takiego dziecka z dwoma czy trzema całkowicie przepłakanymi nocami.

Kilka dni temu zaczęła wieczorem wymiotować i nie wiedziałam, czy to od dzień wcześniej zjedzonych jagód czy od wychodzących zębów (bo rano była biegunka). Lekarka powiedziała, że to najprawdopodobniej lekka infekcja. Wczoraj wyjechaliśmy z Warszawy do mojego wujostwa cali i zdrowi, a dojechaliśmy z Marysią w gorączce 40 stopni. Takie to dla mnie dziwne i abstrakcyjne, ale siostra stwierdziła, że to norma - dziecko się spokojnie bawi, a po minucie rozpalone w gorączce. Może to dobrze, że jeszcze nie było dane mi tego poznać. W każdym razie na Maryni można było jajka smażyć. Trzeba było krzyżować paracetamol z ibuprofenem. Dzisiaj "tylko" 38,3 stopnia i dwie dawki ibuprofenu. Zobaczymy, co będzie dalej.

0 komentarze

Publikowanie komentarza