Bogactwo jedzenia

poniedziałek, 27 lipca 2015
Oglądałam jakiś czas temu polską edycję programu "Top Chef". W jednym z końcowych odcinków Kasia, późniejsza zwyciężczyni, opowiadała, że w obecnej pracy bardzo lubi wykorzystywać mango. Wspominała, jak to w wieku 16 lat dostała pierwszy raz ten owoc od mamy. W sklepach były dostępne np. jogurty o smaku mango, ale to był całkiem inny smak. Tu smak był świeży, intensywny, wręcz oszałamiający, a słodki sok kapał po brodzie.

Niedawno trochę starsza ode mnie znajoma wspomniała: "Ostatnio mama opowiadała mi jak to w PRLu dziadek kupił mi w Peweksie ananasa. A ja plułam nim równo ku rozpaczy rodziców".

Dlaczego to piszę? Nasze dzieci żyją już w innych czasach, czasach dobrobytu. Nie musimy już karmić ich zimą jabłkami, a latem truskawkami. Chociaż oczywiście sezonowe owoce są bardzo dobrym wyborem. W sklepach w dużych miastach na stałe można kupić różne wręcz dziwne owoce, w mniejszych miastach też co jakiś czas się pojawiają.

Mania zna już smak mango, passiflory, awokado czy miechunki. Jadła już topinambur, krem ze szparagów i sama nie pamiętam, co jeszcze. Część rzeczy takich, o których istnieniu sama nie wiedziałam kilka lat temu.

Szczęściara? Niby tak. Dobrze, że ma takie możliwości poznawcze. W swoim dzieciństwie z ryb miałam do wyboru mintaja albo morczuka, wędzoną makrelę, potem jeszcze dorsza. I tuńczyka z puszki. Mania jadła już dorsza, łososia atlantyckiego, pstrąga, łososia bałtyckiego, doradę, świeżego tuńczyka, halibuta, kurka czerwonego i parę innych. Mam nadzieję, że rozsmakowała się w rybach, bo przy takim wyborze przykre jest, że sporo dzieci je tylko praktycznie bezwartościową pangę (bo nie smakuje rybą, ale właściwie nie smakuje niczym). Z "dodatku skrobiowego", jak piszą u nas na pracowniczej stołówce, w moim domu można było wybierać między ziemniakami, ryżem i kaszą gryczaną. Czasem upaćkaliśmy z bratem pół kuchni tłuszczem, robiąc frytki. W mojej obecnej kuchni znaleźć jeszcze można kaszę jaglaną, jęczmienną, komosę ryżową i bulgur. A w sklepach jeszcze więcej. Na pewno jest zdrowiej i bardziej różnorodnie.

Ale tak z drugiej strony: dzieci mają wszystko. Nie ma tego radosnego oczekiwania na Święta i na moment, gdy w wiadomościach podadzą, że statek z cytrusami wpłynął do portu. Nie ma tej radości z pierwszego razu i późniejszych wspomnieć, jak to pierwszy raz zjadło się mango albo melona. Tego szoku nowym smakiem. Nasze dzieci będą musiały iść chyba do Atelier Amaro lub Tamki w Warszawie czy Muggi w Poznaniu, żeby coś ich kulinarnie zaskoczyło. Szczególnie te wielkomiastowe, które niby mają lepiej. 

A co jeszcze jest smutne, coraz mniej dzieci ma możliwość zjeść agrest, maliny czy porzeczki prosto z krzaka. Ja po czereśnie wychodziłam na drzewo, siadałam okrakiem, z podwójnych robiłam kolczyki i plułam z góry pestkami. Nigdy tego nie zapomnę. To se ne wrati, jak mawiają nasi pogubieni bracia Słowianie. Teraz Maryni kuzyni, mimo takiej możliwości, wolą powiedzieć przed komputerem, a do rwania czereśni wyganiają dziadka.

Więc, mimo że niektóre niezdrowe, oprócz tych wielkomiejskich pokażę też Mani moje małomiasteczkowe smaki z dzieciństwa: chleb ze śmietaną i z cukrem, chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym, makaron z truskawkami, placek z rabarbarem czy placki ziemniaczane z cukrem (tak wiem, dziwne, dzieci sąsiadki tak jedli, a ja z nimi).

0 komentarze

Publikowanie komentarza