Chorujemy

środa, 13 maja 2015
Najpierw złapał coś Tomek, ale delikatnie. Potem przeszło na mnie. Ciężej, ale bywało gorzej, a Marynka była cała. Już prawie minęło, a tu niestety skoczyło na Manię. Z piątku na sobotę źle spała, budziła się, płakała. Rano też była marudna, źle dotknięta noga przy przewijaniu czy wsunięcie ręki do rękawa skutkowały strasznym szlochem. Niby zęby, ale ponieważ miałyśmy rodzinną imprezę z trzylatkiem, poszłyśmy na szybką kontrolę. Okazało się, że to nieduża infekcja gardła i pani doktor nawet nas puściła do malucha. Niedziela też była niby niezła (oczywiście wszystko na lekkich dawkach ibuprofenu), a w nocy zaczęła się masakra. W nosie zaczęło charczeć, a Marynia budziła się co 10 minut i płakała. Nie nadążałam biegać, więc zabrałam ją do łóżka. Ok. 2 rano zrobiło się spokojniej. Tak twierdzi Tomek bo ja już nie ogarniałam, która jest godzina.

Poniedziałek był ciężki, oczy spuchły, gluty popłynęły prawie jak katar sienny, do tego doszedł kaszel. Pani doktor stwierdziła, że gardło niby lepsze, dała nam krople antyhistaminowe, ale zanim zaczęły trochę działać, to spędziłyśmy kolejną noc z budzeniem się co 5-10 minut chyba do rana. Wtorek był troszkę lepszy, ale oczywiście z marudzeniem i popłakiwaniem, noc już tylko z 2 wieczornymi pobudkami, czyli cudowna w porównaniu do poprzednich. Aż nasłuchiwałam pod drzwiami jak głupia, czy się nie rusza i czy oddycha, bo ta cisza była nagle taka obca i złowroga.

Chyba już z górki. Dzieci nie powinny chorować :( Są takie biedne, zapuchnięte, zapłakane, zasmarkane, nie wiedzą, co się dzieje, nawet nosa nie umieją wysmarkać, a a rodzic nie bardzo ma jak im ulżyć. Widok czerwonych mokrych smutnych oczu ryje się w serce.

0 komentarze

Publikowanie komentarza