Jakie kupić buty dla dziecka

piątek, 28 września 2018

Zakup pierwszych niemowlęcych butów do chodzenia był dla mnie trudny. W teorii byłam otrzaskana - oglądałam odcinek "Mamo, to ja" o butach z udziałem fizjoterapeuty Pawła Zawitkowskiego, czytałam jego książkę "Mamo, tato, co ty na to", na szkole rodzenia rozmawiałam z rewelacyjnymi fizjoterapeutkami. Ale praktyczne wzięcie buta do ręki i ocena, czy jest odpowiedni, były wyzwaniem. Teraz kupno kolejnych butów jest jak kupno rękawiczek, więc chętnie podzielę się z Wami swoją wiedzą. Chociaż dla Was oczywiście jest to wiedza "papierowa", a tę praktyczną też musicie zdobyć same. W razie wątpliwości nie bójcie się pytać pani w sklepie, ewentualnie zaczepić panią ze starszym dzieckiem.

Dziecko i cukier - wszystko, co musisz wiedzieć o słodyczach

czwartek, 20 września 2018

Dawniej jadło się słodycze...
Dawniej standardem było, że babcia przyjeżdżała z czekoladą...
Dawniej często w niedzielę po obiedzie (rosole i kurczaku ;)) była szarlotka lub lody po kościele...
Przecież jedliśmy te słodycze i żyjemy!

Też tak myślisz? To wytłumacz mi, jak to jest, że kiedyś pierwszy przegląd dentystyczny mieliśmy zwykle, gdy rosły nam pierwsze zęby stałe, a próchnica w przedszkolu czy pierwszej klasie była ewenementem?

Ja Ci odpowiem. Słodycze jedliśmy okazjonalnie. Rzadko kupowaliśmy je bez okazji. Ja moją babcię odwiedzałam 4 razy w roku, bo jechaliśmy do niej przez pół Polski autobusem z kilkugodzinną przesiadką. Te szarlotki miały dużo jabłek, a małą ilość cukru. A moja druga babcia to dopiero go skąpiła! Jej kompoty z wiśni były tak kwaśne, że buzię wykręcało! Pierwszy raz u dentysty byłam w wieku 7 lat, bo mleczny ząb się ruszał i nie chciał wypaść, a stały rósł krzywo. Słodycze w paczce mikołajkowej z pracy rodzica to było coś. W każdym razie tak było u nas w małych miastach.

Dopiero szkoła podstawowa i własne kieszonkowe przyniosły przełom. W sklepiku szkolnym mieliśmy nie tylko drożdżówki, ale też czipsy, paluszki, wafle, małe pojemniczki kremu czekoladowego wylizywane palcem i oranżadę musującą, której przecież nikt nie wsypywał do wody, tylko wybierał językiem i śmiał się ze strzelania w buzi.

Pojawiły się słodycze w nagrodę (nikt nas wcześniej w wieku przedszkolnym nie nagradzał, przecież my MUSIELIŚMY być grzeczni). Pojawiło się kompulsywne jedzenie. Gdzieś w liceum lub na studiach pojawiło się zażeranie smutku czy stresu, bo sporo naszych rodziców dużo pracowało lub budowało dom, a problemy dzieci były takie małe i nieistotne.

Czy teraz się coś zmieniło?

1) Teraz mamy olbrzymi wybór słodyczy. Pojawiły się cudowne Lindty i Ritter Sporty, którym jeszcze ciężej się oprzeć.
2) Społeczeństwo jest dużo bogatsze i nie mamy problemu, żeby włączyć słodycze do codziennym zakupów, czy nagradzać każdą wizytę u lekarza Kinderkiem.
3) Odległości komunikacyjne bardzo się zmniejszyły, więc babcie ze słodyczami wpadają dużo częściej.
4) Chcemy dać dzieciom to, czego samym nam brakowało. A brakowało nam dobrobytu, którego symbolem łatwo stały się słodycze.

Tylko przy tym wszystkim medycyna rozwinęła się znacząco, mamy badania pokazujące wpływ cukru na organizm. Wiemy już, że nie tylko zwiększa on ryzyko cukrzycy (ale to przecież za dziesiątki lat, wiec co tam!), ale też obniża zdolność koncentracji, wpływa na nadpobudliwość dziecka, jego wahania nastrojów. Czy nie powinniśmy zweryfikować swojego podejścia do cukru?

Nowe znaczenie nadane słodyczom

W czasie wielu lat nasze pokolenie nadało słodyczom wiele nowych funkcji. Stały się nagrodą i motywatorem (jak napiszę te trudne podanie, to nagrodzę się kawą i czekoladą), wzmocnieniem spotkań towarzyskich (no jak to bez kawy i ciasteczka?), namiastką luksusu (nie kupię sobie drogiego auta, ale już mogę kupić sobie belgijskie czekoladki czy francuskie trufle), potwierdzeniem statusu społecznego (jak z tymi czekoladkami wpadnę na urodziny do znajomych...), receptą na smutek, stres. Zobacz poniżej, ile funkcji słodyczy wymieniłam. 


Cukier nie pełni tylko funkcji odżywczej, ale też psychiczną. Często jemy kompulsywnie, idziemy na skróty, na chwilę zaspokajając swoje potrzeby, ale tak naprawdę zagłuszając problemy, a nie je rozwiązując. 

Moje i Twoje uzależnienie

Cukier ma zresztą wpływ na naszą gospodarkę hormonalną (wydzielanie endorfin, serotoniny, insuliny). Możemy wpaść w uzależnienie. Ale dla wielu to takie uzależnienie z przymrużeniem oka. Niższej klasy niż alkohol i narkotyki. Bo przecież po cukrze nikt nie zabija w amoku, nikt nie rozbija się samochodem, cukier nie rozbija rodzin, nikogo nie zabija. A właściwie zabija, tylko po wielu wielu latach, więc powiązanie przyczyny i skutku już jest mniej oczywiste. Myślenie strategiczne też chyba nie jest naszą mocną stroną.

Chcesz sprawdzić, jak bardzo jesteś uzależniony? - odstaw go na kilka dni i zobacz, co się stanie. Ja kiedyś z koleżanką z pracy zawarłam układ, że odstawiamy cukier w ramach postanowienia wielkopostnego. Środa Popielcowa przeszła gładko, bo wtedy i tak Chrześcijanie poszczą i jedzą trzy posiłki, więc mózg miał jakąś racjonalizację. Ale kolejne dwa dni w przenośni chodziłam po ścianach. Mój organizm domagał się cukru, jak narkotyku. Dopiero po kilku dniach organizm się ustabilizował i wszystko się unormowało.

Teraz myślę przede wszystkim o tym, że przy niewielkiej nadwadze mam spore obtłuszczenie organizmu i cukrzyca typu II powoli skrada się pod moje drzwi. Potrafię długo nie jeść słodyczy i z każdym dniem jest łatwiej, bo organizm coraz bardziej się przestawia. Za to potrafię na imprezie zasiąść z miską czipsów, one tak się do mnie wtedy uśmiechają. Ale moją największą słabością jest zażeranie stresu. Racjonalne myślenie sobie, a nerwy sobie. Czy chcę, żeby Mania poszła moją drogą? Bynajmniej!

Nasze dzieci tyją szybciej niż Amerykanie!

Cukier jest taki niewinny. Jak to tak, odbierać dzieciom dzieciństwo! Wielu rodziców nadal jest w #teamszczęśliwedzieciństwo. Tylko że szczęśliwe dzieciństwo, to beztroska zabawa, to spacer, to chwile razem, to niepoganianie, to rozmowy. Nie wiem, dlaczego tak ciężko z tym przebić się do tych osób. Jedna pani psycholog pisała, że rodzice są najbardziej odporną grupą społeczną na wiedzę naukową, uwielbiają racjonalizować, wierzyć w mity. 

A dietetycy i pediatrzy nawołują, że polskie dzieci są najszybciej tyjącymi dziećmi na świecie. Jeszcze nie jesteśmy tak grubi, jak Amerykanie, ale za kilka lat ich przegonimy. Nałożyły się na to nie tylko transformacja gospodarcza, bogacące się społeczeństwo, ale też waga, jaką przypisujemy słodyczom.
"Czekolada to kakao, kakao to warzywo, czekolada to warzywo",
"Czekolada nie pyta, czekolada rozumie".

Co gorsza, sami wdrukujemy dzieciom nasze pojmowanie słodyczy, poprzez ich używanie do manipulacji (jak zjesz obiad, pójdziesz na lody), nadawaniu im znaczenia prezentu i nagrody (na urodziny lub jako prezent na/po wizycie u lekarza), używaniu ich do odwrócenia uwagi lub zmniejszenia smutku (boli? masz czekoladkę, zaraz ci się poprawi humor).

Jak działa cukier

Po zjedzeniu cukru (szczególnie prostego), bardzo szybko przedostaje się on z układu pokarmowego do krwiobiegu i gwałtownie zwiększa poziom glukozy we krwi. W odpowiedzi trzustka produkuje insulinę, która ma jej poziom obniżyć. Jej wrzut do krwi powoduje redukcję glukozy, zwykle poniżej pierwotnego poziomu (Ty już kończysz jeść, a Twój organizm jeszcze tę insulinę produkuje), więc łapie Cię głód, w dużej mierze głód na coś słodkiego. Za spadkiem glukozy następuje też spadek serotoniny, więc obniża się Twoje samopoczucie i łatwo się irytujesz. "Zjedz Snickersa, bo gwiazdorzysz", słyszysz. I po tym Snickersie na chwilę robi Ci się dobrze, ale organizm znów łapie alarm zalewu glukozy, którą musi redukować insuliną. I tak w kółko. Te gwałtowne zmiany, układające się na kształt sinusoidy, to tzw. huśtawka glikemiczna. Fajnie? Niefajnie.

Więc nawet gdy Twoje dziecko to żywe złoto i wydaje Ci się, że przecież wypali ten cukier, mylisz się. Ten cukier sprawia, że organizm dziecka (oczywiście dorosłego też) i jego gospodarka hormonalna wariują. W przyszłości może to skończyć się insulinoodpornością. Im prostszy cukier, tym szybciej dostaje się do krwi, a poziom glukozy rośnie gwałtowniej. Wyjątkiem jest m.in. fruktoza (czyli cukier prosty) bezpośrednio z owoców - zawarty w nich błonnik spowalnia jej wchłanianie (mądra ta natura, co?), co oczywiście nie znaczy, że można bezkarnie obżerać się owocami. Lepsza więc bułka niż batoniki i lepsza żytnia bułka niż pszenna (nawet jak w składzie mają tyle samo węglowodanów).

Jakie są skutki spożywania cukru

  • Bieżące psychofizyczne - nadpobudliwość, nerwowość, gorsza koncentracja, skoki nastrojów, osłabienie, brak apetytu, itp. Obecnie, jak grzyby po deszczu pojawiają się rodzice, którzy twierdzą, że ich dziecko ma ADHD czy problemy z nauką, a w praktyce często wystarczy odstawić cukier. 
  • Medyczne - najpierw próchnica i trądzik, potem otyłość, szybsze starzenie się organizmu, problemy ze stawami, insulinoodporność, stłuszczenie wątroby, podwyższony cholesterol, podwyższone ciśnienie, stany zapalne, cukrzyca, miażdżyca, udar (badania pokazały, że osoby, u których dodany cukier odpowiada za 17-21% przyjmowanych kalorii mają zwiększone ryzyko zgonu na choroby krążenia o 38% wobec tych, u których cukier stanowił tylko 8%), nowotwór (badania pokazały, że 20% nowotworów wynika z nadwagi), uszkodzenie nerek.
  • Społeczne - nie oszukujmy się, współczesny świat stawia bardzo wysokie wymagania dotyczące wyglądu. I jak nie jestem zwolennikiem zostania więźniem ideału wyglądu i chciałabym, żeby w ludzie przestali wreszcie zwracać uwagę na wygląd, to nadal wierzę, że tucząc nasze dziecko jak świnkę, możemy sprawić, że kiedyś wpadnie w anoreksję lub bulimię, może zostać odrzucone przez rówieśników.
  • Psychologiczne - gdy nauczymy dziecko zagłuszać problemy przez nagły wyrzut serotoniny, tak naprawdę nie nauczymy ich rozwiązywać tych problemów. Dziecko odrzucone przez rówieśników może stać się wycofane, przestać wierzyć w swoją stwórczość i panowanie nad swoim życiem.

Jak odstawiałam słodycze mojemu dziecku

Przyczyny były właściwie dwie: awantury o słodycze, ale takie z histeriami i rzucaniem się na podłogę, oraz coraz słabszy apetyt związany z dosyć typową dla dziecka w tym wieku fazą niejadka. Te awantury będące skutkiem uzależnienia męczyły psychicznie i mnie i ją. Pojawiła się wtedy myśl o radykalnym odstawieniu cukru. A potem przeczytałam we wpisie Niny Wojtyry, dietetyczki, która stara się szczególnie pomagać małym dzieciom, że aby niejadek odzyskał apetyt trzeba mu odciąć słodycze (plus kilka innym fajnych metod, jak podanie kawałka owocu pół godziny przed jedzeniem na pobudzenie soków trawiennych, itp - zajrzyjcie, poczytajcie). I wtedy upewniłam się, że moje postanowienie było słuszne.

Odstawiłam całkowicie słodycze Mani. Z dnia na dzień. Wyjaśniłam jej, że mają tak dużo cukru, że zaburzają apetyt (nie wiem, ile z tego zrozumiała, ale nie chciałam, żeby odebrała to jako karę). Powoli, po paru dniach sytuacja zaczęła się normować. Skończyły się histerie na podłodze. Poprawił się apetyt. Wszyscy stali się spokojniejsi. Skutki były tak dobre, że Mężny przecierał oczy ze zdumienia.Więc jak mi ktoś mówi o odbieraniu dzieciom dzieciństwa, to myślę sobie, że lepsze dzieciństwo jest bez histerii, bez męczenia się przy stole, bez nerwów, bez "wścieklizny" wywołanej zwiększonym poziomem cukru we krwi.

Oczywiście wszystko nie jest takie czarno-białe. Mania poprosiła, żeby przywrócić jej słodycze, jak już zacznie sensownie jeść, co zrobiłam. Ale staram się dawkować je w mniejszej ilości, nie codziennie i częściej jemy gorzką czekoladą, a bardzo unikamy lizaków. Okazjonalnie zdarzy się jej zrobić o słodycze jakąś awanturę (już bez leżenia na podłodze), na imprezach rzuci się na paluszki, ale póki co mogę powiedzieć, że wszystko jest w granicach zdrowego rozsądku. Jak za jakiś czas cukrowe szaleństwo zacznie się nasilać, pewnie kolejny raz obetnę słodycze do zera.

Ten proces nie udałby się bez pracy mojej nad dzieckiem i samego dziecka nad sobą. Mania potrafi zbierać otrzymywane od naszych gości słodycze w pudełeczko i okazjonalnie je sobie dawkować. Potrafi powiedzieć tacie, że nie idzie na lody, bo w przedszkolu były urodziny i cukierki. Jako czterolatka ma sporą samoświadomość w tym temacie. Ale o motywacji jeszcze poniżej.

Kultura jedzenia słodyczy

Kiedyś mówiono o tym, że Polacy nie mają kultury picia. To dlatego w Polsce jest zakaz picia w przestrzeni publicznej, a w wielu innych krajach jest to normalne. Dalej można spotykać kogoś pijanego i awanturującego się na ulicy, a do mojej sąsiadki nie dotarł stolarz, bo zapił, ale tak naprawdę jedyne osoby, które widziałam pijące wino (i to nie jeden kieliszek!) w czasie przerwy na lunch, a potem bardzo wesołe wracające do pracy i mające problemy spójnie mówić na prezentacji, to Włosi i Francuzi. Polacy naprawdę nauczyli się pić alkohol.

A czy mamy kulturę jedzenia słodyczy? Z moim obserwacji wynika, że albo dzieci jedzą je do oporu, albo rodzic próbuje im je ograniczyć, np. przez jedzenie słodyczy tylko w weekendy. Czasem są w team #nigdyniedamsłodyczy, tylko może (nie musi) się to skończyć tym, że w którymś momencie dziecko zerwie się z łańcucha i rzuci się na słodycze - słodycz będzie zakazanym owocem.

Francuzi np. dają słodycze swoim dzieciom dosyć regularnie (zwykle na podwieczorek), ale starają się wybierać te mało słodkie i mało przetworzone (czekolada, budyń, tarta z owocami).

Tłumacz a nie tylko zakazuj, czyli o motywacji

Każde działanie ma dużo lepsze i trwałe skutki, jeżeli wynika z wewnętrznej motywacji człowieka, a nie z zewnętrznych zakazów i nakazów. Niezależnie od tego, czy zdecydujesz, że w ogóle nie jecie słodyczy czy je ograniczacie, za tymi zasadami musi iść nauka. Im dziecko starsze, tym ta nauka musi być poważniejsza.

Jeżeli zabronisz dziecku jeść słodyczy "bo tak", ono długo nie wyciągnie po nie ręki, bo nie zna ich smaku, ale w którymś momencie pojawi się ciekawość lub pojawią się inne dzieci z innymi zasadami, pojawią się urodzinowe cukierki w przedszkolu. U nastolatka pojawi się pomysł, że "przecież jestem dorosły, więc wszystko mogę, co mi ktoś będzie zabraniał".Hulaj dusza, piekła nie ma! Pamela Druckermann w książce "Dlaczego w Paryżu dzieci nie grymaszą" opisała, jak swojej córce prawie nigdy nie dawała słodyczy. A potem doznała szoku, gdy po obchodzie Halloweenowym inne dzieci zjadły 2-3 cukierki i oddały swoje koszyczki rodzicom na przechowanie, a jej córka schowała się w kącie i z błędnym wzrokiem próbowała naraz zjeść wszystkie zebrane słodycze. I żeby nie było, że ja optuję za wprowadzaniem słodyczy - ja optuję za edukacją.

Jeżeli zamierzacie słodycze wprowadzać, ale ograniczać, dobrze powoli włączać w menu te domowe słodkości czy gorzką czekoladę. Najpierw możecie ustalić zasady typu "jemy słodycze tylko w weekendy" lub "jemy jednego cukierka czy kostkę czekolady dziennie". Potem, wraz z solidną edukacją, coraz większa decyzyjność należy oddawać dziecku. To tak jak z regularnym wydzielaniem dziecku 2 zł vs. nauczenia go zarządzania swoim budżetem. Widzisz różnicę? Które dziecko w przyszłości będzie miało większą umiejętność zarządzania pieniędzmi?

W każdym procesie świadomość i samoświadomość jest ważna. Finalnie decyzja o niejedzeniu słodyczy bądź ich ograniczaniu musi być własnym postanowieniem dziecka. Ono musi wierzyć w to, że a) "słodycze są smaczne, ale wywołują choroby, więc ich nie jemy, a zamiast tego mamy inne smaczne i zdrowe rzeczy" lub b) "słodycze są smaczne, ale wywołują choroby, więc jemy je okazyjnie". Zasada "nie jem słodyczy, bo mama mi nie pozwala" prędzej czy później upadnie.

Co robić? 10 złotych zasad

  1. Nie dawaj dziecku słodyczy tak długo, jak się da. Dziecku naprawdę do nich nie jest tęskno, tak długo, jak ich nie zna. Ja nie rozumiem, czemu ma służyć dawanie roczniakowi lizaków. Najtrudniej tu chyba edukować niektórych dziadków, którzy twierdzą, że przecież są od rozpieszczania, trzymając w ręce kolejne ciastko (helloł! słowo rozpieszczanie pochodzi od pieszczoty!). Pamiętaj, że przez pierwsze 1000 dni kreują się preferencje żywieniowe Twojego dziecka.
  2. Nigdy nie używaj słodyczy jako nagrody i kary. W ten sposób sprawisz, że jedzenie słodyczy stanie się irracjonalne, a będzie służyło zaspokajaniu funkcji, których nie powinno zaspokajać. Słodycze powinny mieć neutralne nacechowanie (ich zjedzenie nie powinno wzbudzać ani dumy ani poczucia winy).
  3. Edukuj (siebie i dziecko). Słodycze służą dostarczaniu organizmowi wartości odżywczych. Przez to, że są kaloryczne oraz przez to, że mają w składzie multum cukrów prostych, powinny być jedzone okazjonalnie bądź wcale. Rolą jedzenia jest zaopatrzenie organizmu w substancje odżywcze, jak białka, tłuszcze, węglowodany (najlepiej złożone), minerały i witaminy. Ile z tego jest w słodyczach? Ucz dziecko, że cukier prosty jest szkodliwy dla organizmu.
  4. Jeżeli Twoje dziecko jest niejadkiem, odstaw słodycze na jakiś czas. Nie za karę, a dla wyregulowania organizmu. Zjedzenie batona czy loda daje dziecku taką ilość energii, że nie dziwię się, że po dwóch godzinach wypnie się ono na zupę. Zresztą nieświadomy człowiek kieruje się prostymi potrzebami i przedkładaniem przyjemności tu i teraz nad przyszłe korzyści - sama wolałabym zjeść na drugie śniadanie rządek dobrej czekolady niż koktajl z jarmużu.
  5. Jeżeli widzisz silne uzależnienie dziecka od słodyczy (np. dziecko robi o nie awantury, zabiera je gdy tylko może, ucieka i się chowa, po ich odmowie robi awantury lub wije się w histerii na podłodze), odstaw je całkowicie na jakiś czas. Najpierw musisz je wyciągnąć z uzależnienia, a dopiero potem myśleć, co dalej.
  6. Nie traktuj słodyczy jako drobnej przekąski lub dodatku do posiłku, tylko jako pełnoprawny posiłek. Słodycz to drugie śniadanie lub podwieczorek. Do Ciebie należy takie zbilansowanie diety dziecka, żeby dostało odpowiednią ilość substancji odżywczych. Jak na podwieczorek wpadnie lód, wyleci serek wiejski, czyli wpadają węglowodany, a wypada białko. Proste?
  7. Szukaj zdrowszych zamienników słodyczy. Uwierz mi, dla dziecka słodkie są owoce, a garść flipsów kukurydzianych czy orkiszowych paluszków może być niezłym rarytasem. Mleczną czekoladę zamień gorzką czekoladą dobrej jakości, wafle z kremem ciastkami wielozbożowymi, "chamski" lizak (cukier z chemicznymi barwnikami) batonikiem zbożowym, a może nawet serkiem wiejskim z odrobiną miodu lub domowego dżemu owocowego, a czasem lody śmietankowe zdrowszym sorbetem. Ale pamiętaj, to nie jest tak, że ta zdrowsza wersja nie ma cukru czy kalorii.
  8. Zwróć uwagę na cukier w produktach, które nie są określane jako słodycze: woda smakowa, serek homogenizowany (typu Danio), itp. i zmień swoje myślenie o nich. Moja czterolatka wie, że jogurt z czekoladowymi dropsami pod wieczkiem to nie jest jogurt tylko deser. Cukier potrafi być choćby w ketchupie czy płatkach kukurydzianych. Im mniej przetworzona żywność, tym lepiej. Pamiętaj, że cukier kryje się pod wieloma nazwami: glukoza, fruktoza, syrop glukozowo-fruktozowy, dekstroza itp.
  9. Jeżeli chcesz wychowywać dziecko z jedzeniem słodyczy, to na początku może wprowadzić zasady ograniczające (tylko na podwieczorek, tylko w weekend), ale potem musisz dziecko uczyć zarządzania tym procesem. 
  10. Pamiętaj, że żadne zasady nie działają, jeżeli są odgórnie narzucone. Jeżeli powiesz dziecku, że nie jemy słodyczy "bo tak" i nigdy nie zrobisz krok dalej, kiedyś ta zasada przestanie działać. Jeżeli nauczysz dziecko, że "nie jemy słodyczy, bo są złe i niedobre", to kiedyś ono odkryje, że one jednak są dobre. Pracuj nad wewnętrzną motywacją dziecka. Pamiętaj też, że najskuteczniej uczy się dziecko przykładem, a nie wykładem.

Mam nadzieję, że ten artykuł Wam pomoże w racjonalnym podejściu do słodyczy. Tak po czasie myślę sobie, że napisałam go nie tylko dlatego, żeby edukować, ale żeby samej ostatecznie rozliczyć się z własnym nałogiem. Jak masz jakieś swoje przemyślenia, proszę, podziel się nimi :)


Źródła:
L. Kubala, 11 Reasons Why Too Much Sugar Is Bad for You
Q. Young, Z. Zhang, E.W. Gregg, W.D. Flanders, R. Merritt, F.B. Hu, Added Sugar Intake and Cardiovascular Deseases Mortality among US Adults
G. de Pergola, F. Silvestris, Obesity as a Major Risk Factor for Cancer
K. Wachowiak-Rajewska, Pozabiologiczne Funkcje Jedzenia, Food Forum, nr 4 (26) /2018

Gadżety do fotelika z Aliexpress

środa, 12 września 2018
Czasami w czeluściach Internetu odkrywamy rozwiązanie, które wydaje nam się genialne. I jeżeli w przypadku domontowania podnóżka do ikeowskiego krzesełka do karmienia wszystkie chwyty dozwolone, tak w przypadku fotelików liczy się bezpieczeństwo.

Ja osobiście staram się używać wszystkich samochodowych gadżetów z odpowiednimi atestami, ale czy możemy ocenić te bez? Prostym testem na wejście jest zapytanie: co się stanie, gdy to w czasie wypadku zadziała, a co gdy nie zadziała (czyli pęknie, odpadnie, itp)?

1. Opaska na głowę.


To jest odkrycie wielu rodziców w czasie surfowania po Internecie. Większość matek albo od razu wrzuca ją do koszyka albo siada do maszyny do szycia. No dobra, sama, gdy pierwszy raz zobaczyłam ją na Pinterest, pomyślałam: genialne! Ale za tym poszła jednak pewna refleksja.

Co będzie, gdy zadziała: opaska mocno utrzyma głowę dziecka, a siła uderzenia wyrzuci barki dziecka do przodu i złamie się kręgosłup szyjny
Co będzie, gdy nie zadziała: opaska pęknie i może nic się nie stanie lub: opaska zsunie się i udusi dziecko
Wynik: bardzo niebezpieczna

Alternatywa: jeżeli skorygowanie pozycji dziecka, pozycji fotela i napięcie pasów nie pomagają, możesz pomyśleć o zakupie poduszki Sandini z atestami.


2. Przedłużka pasa



Czasami się zdarza, że pas jest za krótki, żeby zamontować nim fotelik. Jego przedłużkę możecie kupić za kilkadziesiąt zł na Aliexpress.

Co będzie, gdy zadziała: utrzyma fotelik
Co będzie, gdy nie zadziała: pęknie, a fotelik z dzieckiem zostanie wyrzucony jak z procy
Wynik: bardzo niebezpieczna

Alternatywa: wymień pasy na dłuższe w autoryzowanym serwisie

3. Klips piersiowy


Prosty klips nakładany na pasy, który sprawia, że nie zsuwają się one z ramion, a dziecko nie ma jak wyciągnąć rąk spod pasów. Tego typu klipsy są standardowym elementem fotelików w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy w Europie stosowane są naramienniki mające na celu m.in. utrzymanie pasów w odpowiednim miejscu. We wcześniejszej homologacji EU klipsy piersiowe nie zdobyły certyfikatu poza trochę innym modelem od Be Safe, dopuszczone (jako klipsy w ogóle, nie konkretne modele) w nowej homologacji i-size.

Co będzie, gdy zadziała: utrzyma pasy na miejscu
Co będzie, gdy nie zadziała: pęknie, ale jeżeli traktujesz ten klips dodatkowo (a powinieneś), tj. najpierw mocno dociągasz pasy, a potem zapinasz klips, to pasy i tak utrzymają dziecko
Wynik: mało niebezpieczny

Alternatywa: Kup przetestowany klips od Be Safe, kosztuje on tylko ok. 26 zł. Co ciekawe, klips ten jest tak skonstruowany, że powinien pęknąć w trakcie wypadku, żeby łatwiej wyciągnąć dziecko. Pamiętaj, że taki klips zapina się na wysokości pach, a nie brzucha!


4. Prowadnice do isofixa


Takie proste uchwyty, ułatwiające wstrzelenie się uchwytami fotelika w zaczepy isofix. Na pewno te oryginalne są dopasowane do danego modelu samochodu i lepiej leżą, ale cóż, czasem się gubią.

Co będzie, gdy zadziała: łatwiej wepniesz fotelik
Co będzie, gdy nie zadziała: zasadniczo nic; te uchwyty nie mają żadnej funkcji trzymającej, a fotelik jest nadal wpięty w oryginalny isofix
Wynik: bezpieczny

5. Części zamienne

Czasem (bardzo rzadko) zdarza się, że jakaś część w foteliku się uszkodzi. Np. pęknie klamra.

Co będzie, gdy zadziała: nic
Co będzie, gdy nie zadziała: puszczą pasy albo mocowanie fotelika, albo inna część, która jest wymieniona
Wynik: bardzo niebezpieczne

Alternatywa: skontaktuj się z dystrybutorem swojego fotelika - ci od dobrych foteli zwykle sprawnie reagują, szybko wysyłają uszkodzoną część i często za nieduże pieniądze


A teraz druga część testu: pomyśl, czy na pewno chcesz oszczędzić na bezpieczeństwie swojego dziecka te 100 zł?

Kiedy rozszerzać dietę niemowlęciu

środa, 22 sierpnia 2018

Olaboga! 5-miesięczne dziecko już je! Robisz mu krzywdę! Nie wolno! WHO! - tak mniej więcej wygląda połowa wpisów na forach dotyczących rozszerzania diety. Spróbujmy więc zanalizować (bo ja w końcu jestem analitykiem) moment wprowadzenia posiłków stałych u niemowlęcia.

5 zasad, które powinno znać zgubione dziecko

środa, 15 sierpnia 2018

Są wakacje, wyjeżdżamy tłumnie odpoczywać, a dziecko, jak to dziecko, łatwo może zgubić się w tłumie czy na plaży. Ale taka sytuacja może się też zdarzyć na co dzień w parku czy supermarkecie. Co robić, żeby dziecko było bezpieczne albo chociaż było łatwiejsze do odnalezienia?

1. Dziecko stoi w miejscu.

To chyba najważniejsza zasada przy zgubieniu. Bardzo często kilkulatki same próbują znaleźć rodziców albo wrócić do domu. Czasem faktycznie trafią, a czasem zagubią się jeszcze bardziej w labiryncie uliczek lub regałów sklepowych.

Mój brat był żywym srebrem i okazjonalnie znikał, gdy mama stała w PRLowskich kolejkach. Nudził się, odszedł sobie trzy kroki dalej, potem zerknął na jakąś półkę, poszedł obejrzeć wystawę sklepową i po chwili stał już pod sklepem 100 metrów dalej (teraz nam się to wydaje bardzo dziwne, ale 40 lat temu był to standard). Czasem nie wiedział, do jakiego sklepu wrócić, więc mama znajdowała go... w drodze do domu. Mama w kółko mu powtarzała, że ma stać tam, gdzie się zorientował, że znowu nieświadomie powędrował, a ona go znajdzie. Po kilku razach reguła wbiła się do głowy. Na tyle bardzo, że raz stał metr od drzwi sklepowych, którymi wyszedł, bo miał się w końcu nie ruszać ;)

2. Dziecko prosi o pomoc.

Zwykle uczymy dzieci, że nie wolno rozmawiać z nieznajomymi, ani tym bardziej oddalać się z takimi osobami. Uczymy też, że policjanci łapią bandytów i wsadzają do więzienia. I czasem ta nauka może obrócić się przeciwko nam. Bo jakie dziecko podejdzie do policjanta, który może je wsadzić do więzienia? Niezależnie więc od tego, jak ambiwalentne uczucia wywołuje w nas polska policja, warto uczyć dziecko, że policja pomaga ludziom i jeżeli dziecko w zasięgu wzroku widzi policjanta, powinno podejść do niego i poprosić o pomoc.

Ja uczę też Manię, że może również podejść w sklepie do pana ochroniarza w mundurze i jego poprosić o pomoc. Taka sytuacja jest zilustrowana w książeczce "Kicia Kocia mówi NIE", gdzie Kicia Kocia obrażona na mamę ucieka w sklepie z kolegą Packiem, ale oboje szybko żałują swojej decyzji. Na szczęście znajduje ich pan ochroniarz i przez megafon wzywa mamy. Historia o zgubieniu w sklepie była też wymieniona w "Mikołajku", ale dosyć specyficznie, gdyż zagubiony Mikołajek trafił do kącika dziecięcego i tam poznał chłopca, który gubił się notorycznie i celowo, bo w kąciku dawano lody na pocieszenie.

3. Dziecko wie, jak się nazywa i gdzie mieszka.

Moja córka w wieku trzech lat była w stanie powiedzieć, jak się nazywa i na jakiej mieszka ulicy. Wtedy choćby policjantowi łatwiej zidentyfikować dziecko, a nawet odprowadzić je szybciej do domu.

4. Dziecko ma telefon do rodzica.

Oczywiście nie zawsze i wszędzie, ale np. na plaży warto założyć dziecku bransoletkę z telefonem do rodzica. Można też napisać numer telefonu na metce kurtki czy włożyć karteczkę do buta (jeżeli nie są to sandały;)).


5. Dziecko nie jest straszone.

Może to brzmi nielogicznie, bo wydaje nam się, że jak nastraszymy dziecko, to ono nie będzie się gubić, ale przecież dziecko gubi się nie z premedytacji, a zwykle z nieuwagi. Straszenie nie pomoże na roztargnienie, a jedynie sprawi, że w kryzysowej sytuacji dziecko spanikuje i zachowa się nieracjonalnie. Wystraszone dziecko może się też schować i utrudnić poszukiwania.



Rodzicu! Możemy mówić, że to dziecko się zgubiło i może się zdarzyć, że zgubi się nawet najlepszemu rodzicowi. Pamiętaj jednak, że to Ty jesteś dorosły i to na Tobie ciąży obowiązek pilnowania dziecka. Jeżeli widzisz tłum, złap dziecko za rękę. Nie spuszczaj go też z oczu na plaży. Dzieci potrafią utonąć w wodzie do kostek.



Jeżeli Twoje dziecko ma problem z nauczeniem się zasad, gorąco polecam książkę "Gdy Pola się zgubi" autorstwa Gabrysi Rzepeckiej-Weiss, której pierwszą książkę ("Animal ABC") już recenzowałam, więc z radością odkryłam, że ten tytuł jest również jej autorstwa.

Przedstawia ona niesforną Polę, która regularnie się gubi, a jej rodzice przy poszukiwaniach wprowadzają kolejne zasady bezpieczeństwa. Są one rymowane, więc łatwo zapadają w pamięć. Badania pokazały, że dzieci najszybciej uczą się, obserwując inne dzieci.



5 korzyści dziecięcego podróżowania

niedziela, 12 sierpnia 2018

Mamo, wiem, że czasem nie chce Ci się ruszyć z domu, ale posłuchaj, ile korzyści płynie ze wspólnego podróżowania ze mną.