Anegdotka o kaszy

poniedziałek, 28 grudnia 2015
Ja: Marysiu, zjesz kaszę?
M.: Ekh, ekh, ekh!!
Ja: KASZĘ, a nie KASZEL... ;)

Najbezpieczniejszy (najlepszy?) prezent

sobota, 26 grudnia 2015
Kupiliśmy Mani pod choinkę chyba najlepszy prezent. Najlepszy, bo być może ratujący życie. Naszym nowym nabytkiem jest fotelik samochodowy. Miał być to model tzw. "następny" 9-18 kg, a w końcu kupiliśmy 0-18 kg, bo miał najlepszy wychył, a Mania przesypia 85% swoich podróży.


Fotelik jest montowany tyłem. Nie wyobrażam sobie innego sposobu wożenia dziecka. Mój mąż jest dobrym kierowcą, ale kilkakrotnie się nam zdarzało, że np. ktoś zajechał nam drogę, nawet nie używając kierunkowskazu i mnie ostre hamowanie wbiło tak w pasy, że ledwo mogłam oddychać, a Marysia nadal spokojnie spała w swoim pierwszym foteliku montowanym tyłem. Bardzo chciałam, żeby tak zostało. Zresztą te w testach wypadają lepiej. Nasz jest montowany na pasy lub isofix, ma cztery gwiazdki i został wyprodukowany w Finlandii. I zdał najtrudniejszy test fotelików Test Plus.

Psia Mania

czwartek, 17 grudnia 2015

Mania jest psomaniaczką. W czasie spacerów poszukuje psów w parku, wyszukuje ich w książkach, prosi o psie piosenki na You Tube.

Wczoraj wieczorem przeszła samą siebie. Już prawie zasypiała, aż tu na dworze zaszczekał pies. Wstała, ał ał ał, zeszła z łóżka, podbiegła do okna, ał ał. Podniosłam ją na parapet, wpatrywałyśmy się w ciemną noc rozświetloną osiedlowymi latarniami dobre kilka minut. Pies zniknął. Nie mogła tego zaakceptować, jeszcze 3 razy wędrowałyśmy do okna sprawdzić. Ał ał ał.

W końcu poszła do swojego pokoju, przytargała wielkiego ikeowskiego psa, wdrapała się z nim na nasze łóżko i dopiero tak usnęła. Śnij o psim świecie, Maleńka!

Nadrabiam miganie

poniedziałek, 7 grudnia 2015
Nie wiem, czy spotkaliście się z ideą bobomigów albo migusi. To metoda uczenia dziecka języka migowego z niektórymi znakami uproszczonymi dla potrzeb dzieci.

Ja kiedyś zaczęłam dla zabawy, ale że a) Mania niespecjalnie się tym interesowała, b) ludzie (w tym chyba też rodzina) patrzyli na mnie jak na debila, szybko się poddałam. I żałuję. "Bez sensu uczyć ją migać, to mocno ruchowe energiczne dziecko, zaraz będzie mówiło" - słyszałam. Minął miesiąc, dwa, trzy, pięć, Mania mówi "tata", "baba", "da"/"dam" (=daj lub daję ci), "o to", "bam", "am", "ba" (=but), czasem "mama", do tego "a-a" (=hał hał) i "niał" (=miał). A chciałaby dużo więcej. Rozumie właściwie wszystko. Jak mówię: "Zobacz, jakie niebo", zadziera wysoko głowę.

To, co nie umie powiedzieć, próbuje domigać w swoim wąskim repertuarze. Kiedyś łapała powoli, jak to małe dziecko, ale ja też trochę dałam ciała, bo niektóre jej nieudolnie pokazane migi zauważyłam po czasie (zdolności manualne dziecka też są ograniczone). Pierwszym jej zamiganym słowem był spacer, ale mi wydawało się, że po prostu robi papa dwoma rękami (w sumie papa też jest bobomigiem). Potem pojawił się nieśmiało pies. Pokazywała mi go na spacerze i w książce (często takiego maluśkiego). Często gdy wychodziłyśmy na spacer, migała psa i chodziłyśmy po parku w poszukiwaniu jakiegoś czworonoga. Teraz pokazuje na telewizor i miga psa, żeby puścić jej "Puszka Okruszka" albo "Pieski małe dwa".

Dziecionaśladownictwo

czwartek, 3 grudnia 2015
Maluchy bardzo chętnie naśladują dorosłych. Mania łapała swoją szczoteczkę do zębów i machała nią w buzi już jak miała jakieś 9 miesięcy. Wcześniej nie miała zębów i szczoteczki;) Za to jak myłam swoje zęby z nią na rękach, to wyrywała moją szczoteczkę i szturchała nią w mojej buzi, jak tylko mogła. W sumie najwcześniej chyba pojawił się pęd do walenia w klawiaturę komputerową i przeciągnie palcem po telefonie, jak u większości niemowląt wyrastających na cyberdzieci.

W wieku 13 miesięcy Marysia potrafi już:
- wycierać serwetką buzię,
- przekładać pranie z kosza do pralki i wyjmować je z pralki (a czasem mokre znowu wciskać do pralki),
- strzepywać pranie i podawać mi je,
- szurać mopem po podłodze (zazwyczaj podkrada mi go i zabiera do swojego pokoju na mycie, dzisiaj była o niego prawdziwa kłótnia, och, żeby te jej zamiłowania się utrzymały przez kolejne 20 lat;)),
-wycierać ręcznikiem papierowym podłogę,
- markować czesanie, niekoniecznie trafiając grzebieniem we włosy,
- przykładać telefon lub domofon do ucha i wołać "baba",
- podawać gościom buty,
- wyciągać naczynia ze zmywarki (z lekkim stresem z mojej strony, ale póki co bez strat),
- urywać papier toaletowy i podawać osobie w wc (to typ tropiciela, więc czasem mnie podgląda),
- prychać, kaszleć, ziewać, stękać przy wychodzeniu pod górę czy po schodach (to chyba od babci).

Nie mówię tu o samodzielnym jedzeniu czy ściąganiu własnych butów, bo to zwykłe umiejętności przydatne w życiu dziecka i z czasem przez nie nabywane. Ale strzepywanie prania do niczego nie jest jej potrzebne, po prostu robi tak, bo widzi, że ja robię. Strasznie mnie to bawi. Dziecko patrzy, podgląda dorosłych, przejmuje pewne zachowania, przyjmuje jako swoje,chyba wychodzi z założenia, że tak się robi i tak ma być. Zresztą dlatego tak ważne jest, żeby uprawiać rodzinnie sport, czy zdrowo się odżywiać. Hmm... może już czas zacząć ćwiczyć razem jogę?

Matka matce wilkiem

czwartek, 26 listopada 2015
Czasem mam wrażeniem, że największym wrogiem matki jest druga matka. Wchodzę na forum i czytam. Jedna matka pyta, kiedy rozszerzać dietę dziecku, bo lekarka kazała trzymiesięczniakowi podawać już papki. Ktoś pisze, że absolutnie po 6 miesiącu, że oszalała, że WHO. Ktoś inny, że podawał wcześniej i nic się nie stało, głosów przybywa, w pewnym momencie pierwsza grupa skacze drugiej do oczu. Inna matka pyta o mleko modyfikowane. Zawsze znajdzie się inna, która napisze, że biedne dziecko, że powinno na piersi, że to nieprawda, że mleko się kończy, że wystarczyło chcieć, że laktacja siedzi w głowie, a ona tak sobie odpuściła, egoistka. Doszło nawet do tego, że jak po spaleniu fabryki Bebilonu zabrakło w sklepach i aptekach Bebilonu Pepti (specjalistyczne mleko dla dzieciaków mających problem z białkami mleka), "cycoterrorystki" napisały na forach, że dobrze tak niekarmiącym matkom. Zresztą karmienie wywołuje nie tylko burzliwe dyskusje, na temat czym, ale też gdzie i jak długo. Nie mówię już nawet o szczepieniach/nieszczepieniach, bo to baaardzo drażliwy temat.

Jak to jest, że takie normalne, całkiem spokojne kobiety robią się tak agresywne? Jakiś gen stadny mający na celu chronienie nie tylko swojego potomstwa, ale też potomstwa innych samic? Czy to raczej tak mocne wejście w rolę matki, że inne życiowe i społeczne funkcje (córka, żona, kobieta, pracownik, koleżanka) przestają mieć znaczenie i w tej jednej jedynej roli, która pozostała, trzeba wypaść idealnie? Skoro zrezygnowałam z tak dużej liczby rzeczy, to muszę udowodnić, że to, co mi zostało, zrobię nie dobrze, a najlepiej. Będę idealną matką i udowodnię ci to! 

Przegląd szafy i zakupy ze stylistką

czwartek, 19 listopada 2015
Niedawno byłam na zakupach ze stylistką. Zawsze wydawało mi się to domeną bogatych bądź celebrytów, a okazało się inaczej. Tę recenzję piszę na prośbę koleżanki - nie jest to artykuł sponsorowany.


Tak naprawdę z racji ciąży od ponad 2 lat praktycznie niczego nie kupiłam. Ponieważ pod koniec ciąży wyglądałam jak niedźwiedź (bo brzuch o dziwo miałam nie tak duży - mi poszło w pupę i uda), czekałam z utęsknieniem, żeby zacząć "jakoś" wyglądać. Niestety okazało się, że poród tego specjalnie nie zmienił. Został niedźwiedź tylko że z dużo mniejszym brzuchem. Po fejsbuku chodzi taki mem z Buką: "Po zimie  wyciągnęłam i przymierzyłam wszystkie swoje ubrania. Buty pasowały". Nawet jest on zabawny. Przestaje taki być, gdy nawet buty nie pasują;) I tak dobrze, że moje ciążowe ubrania były ładne, bo dane mi było jeszcze trochę w nich pochodzić. Wtedy argumentem przeciwko zakupom była bardzo powoli, ale jednak spadająca waga. Kupiłam tylko dżinsy. W lecie kupować dużo nie trzeba - 2 sukienki i sprawa spacerów, wyjść i powrotu do pracy była załatwiona.

1 rok i 2 miesiące!

niedziela, 8 listopada 2015
Kolejne 2 miesiące za nami. Marynia coraz więcej się przytula, słodziak jest straszny. Zresztą śpi z nami od czasów wyrzynania zębów. Śmiejemy się, że teleportuje się w nocy, ale podejrzewamy, że to mama po nocy idzie na autopilocie do płaczącego dziecka i je przynosi. W każdym razie rano znajduję Marię i Tomka dzielących jednego jaśka albo Tomka z jej nogami na twarzy.

Marysia rośnie, coraz więcej rozumie. Robi się coraz wieksza. Ostatnio wyszła sama schodami z piątego piętra na ostatnie dziesiąte. Niezly wyczyn. Wyjęła mi też wszystkie talerze ze zmywarki. Szaleje wózkiem po całym mieszkaniu i jak pirat rozjeżdża wszystkich napotkanych przechodniów. Bardzo celnie.

Poza tym niedawno zrobiła się taka grzeczna, prawdziwa panienka. Babcia śmieje się, że nigdy nie mlaska i wyciera sobie buzię po jedzeniu serwetką. Tylko czasem pluje jak Magda Gessler.

Domowy jogurt naturalny

czwartek, 29 października 2015
DIY
Zrobienie domowego jogurtu naturalnego jest bajecznie proste - łatwiejsze niż domowy twaróg (tu), chleb czy szynka pieczona. Taki jogurt jest tańszy, świeższy, a wiele osób twierdzi też, że zdrowszy niż ten ze sklepu. Wg mojej mamy jest też smaczniejszy.

Do zrobienia jogurtu potrzebujemy:
1) jogurt naturalny (klasyczny lub bałkański) - taki, jaki nam najbardziej smakuje, bo za smak odpowiada m.in. pakiet bakterii mlekowych, który przenosimy na nasz jogurt,
2) mleko - najlepiej nieprzetworzone, "świeże"/pasteryzowane, ale nawet najzwyklejsze UHT da radę. Ja kupuję świeże 3,2%.

Kroki:
1. Podgrzewamy mleko na chwilę do mniej więcej 60 stopni Celsjusza, żeby zabić wszystkie bakterie. 60 stopni, to taka temperatura, którą odczuwamy jako gorącą, ale nie parzącą. Teoretycznie każde mleko UHT jest czyste biologicznie, bo jest sterylizowane, a pasteryzacja zabija 99% bakterii, ale większość przepisów nakazuje jednak każde mleko podgrzać do 60 stopni, czyli jeszcze raz spasteryzować. Więc podgrzewamy. 


2. Czekamy chwilkę aż mleko odrobinę ostygnie, szczególnie jak podgrzaliśmy go za mocno, co przy dziecku się zdarza ;)

Laleczka

wtorek, 27 października 2015

Marysia śpi nami z racji wyrzynających się zębów. Po dawce Paracetamolu spokojnie oddycha. Patrzę na jej małe ciałko i drobną główkę. W świetle księżyca widzę jej błyszczącą twarz. Z małymi lekko rozchylonymi ustami i długimi rzęsami. Gładką i porcelanową. Jak u laleczki.

Padłam

poniedziałek, 19 października 2015
Kiedyś moja dobra koleżanka opowiedziała mi jak zasnęła, karmiąc swoje kilkumiesięczne niemowlę. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dziecko zaczęło płakać, a ona się nie obudziła. Jej mąż, jak wbiegł do pokoju, to zamiast wziąć dziecko na ręce, potrząsnął mocno żoną, bo bał się, że straciła przytomność.

Takie rzeczy prawie się nie zdarzają. Matkę generalnie zawsze płacz dziecka zerwie na równe nogi. Jedno ciche piśnięcie i już stoi nad łóżeczkiem. W nocy o północy.

Ja tak padłam wczoraj. Położyłam Manię spać, a że czułam się bardzo zmęczona, sama też poszłam szybko do łóżka. Po jakimś czasie Mania się obudziła i zaczęła płakać. Ja spałam dalej. Tomek był pod prysznicem. Nie reagował, przekonany, że już do niej idę. Po chwili otworzył drzwi i zaczął wołać, czy na pewno u niej jestem. Po braku reakcji zarzucił szlafrok i pobiegł do dziecka. Obudziłam się chyba dopiero, jak przyniósł ją do sypialni... To zły znak. Skrajne zmęczenie.

--------------------------
Ostatnio prawie nie piszę, bo oprócz mnie padł również zaśliniony przez Manię w telefon. A zazwyczaj pisałam w telefonie, jadąc do i wracając z pracy. W domu szkoda mi już czasu - bawię się z córką, a jak ją położę spać, to ogarniam dom. Od święta coś szyję. Brakuje mi też Olx i Allegro, które przeglądałam, wygrzewając się w wannie. Mam nadzieję, że telefon doschnie i powstanie z martwych, tak jak robił to przy wcześniejszych zaślinieniach ;)

4. ząb

czwartek, 15 października 2015
Właśnie dostrzegłam ostatnią jedynkę przebitą przez dziąsło.

Mania tańczy

środa, 14 października 2015

Mania kocha tańczyć. Dawniej stała nieruchomo na stopach i potrząsała pupką. Jeszcze jak nie umiała sama stać, to przytrzymywała się przy tym kanapy. Czasem klaskała albo klepała się do rytmu w kolana. Niedawno zaczęła przestępować z nogi na nogę, gibając się na w miarę sztywnych nogach jak pingwinek. Ostatnio kręci się wokół własnej osi raz w lewo i raz w prawo. A wczoraj do piosenki "Jedzie pociąg" zaczęła bardzo szybko przebierać nogami w miejscu. Nawet do rytmu. Nikt jej tego nie pokazywał, nie chodzi do  żłobka, nie ogląda bajek z dziećmi. Taka pierwotna wrodzona reakcja na muzykę.

Mania kocha też psy. Bardzo. Kiedyś z racji tego pokazałam jej bobomiga na psa. Na początku długo nie ogarniała, potem na każdego mijanego psa klepała się w udo i próbowała "szczekać" (i generalnie wychodziła z siebie i z wózka), a teraz podchodzi do mnie pokazuje na telewizor, laptopa czy komórkę, klepie się w udo i woła swoje zniekształcone, ale nie dające się z niczym pomylić hał hał. Więc puszczam jej od kilku dni "Pieski małe dwa", "Kundla burego" czy "Puszka Okruszka". A Maria rozpływa się w radości. Piosenki te tak szybko załapała, że jak ostatnio jedna z nich leciała z płyty, to zaczęła klepać się po udzie i "szczekać", mimo że żadnego psa nie widziała.

Ale oczywiście najlepsze jest połączenie obu tych rzeczy, czyli psie piosenki z YouTube na telewizorze i radosny taniec.

Taka sytuacja - anegdota o kupowaniu jabłek

wtorek, 13 października 2015
Kupuję na straganie owoce. Marysia podchodzi do skrzynki i wyciąga nieduże jabłko. Pani sprzedająca uśmiecha się do niej i zagaduje.
Ja: Odłóż Marysiu, już kupiłam jabłka.
Pani: Dobrze, dobrze, niech sobie weźmie. Taki prezent ode mnie.
Marysia patrzy na nią czujnie i wkłada drugą rękę do skrzynki. Po chwili ma już dwa jabłka.
Ja: Marysiu, nie przesadzaj, oddaj jedno.
Pani, śmiejąc się coraz bardziej: Dobrze, dobrze, weź dwa.
Ja: To niech mi pani zważy takie dwa, to zapłacę.
Pani: Nie, nie trzeba. - odpowiada zaśmiewając się pani.

I w ten oto sposób Marysia upolowała dwa pierwsze jabłka w swoim życiu i dzielnie niosła je całą drogę do domu, zostawiając na nich ślady swoich wszystkich czterech zębów.

PS. O dłuższego czasu Mania trenuje noszenie trzech jabłek lub trzech piłek, ale na razie bezskutecznie :)

Prezenty na chrzciny (moje propozycje)

czwartek, 8 października 2015
Prezent na chrzciny to wbrew pozorom nie taka prosta sprawa. Jest on oczywiście dla dziecka, ale kupując go staramy się też zaspokoić niektóre oczekiwania/potrzeby rodziców. A zarówno rodzice jak i obdarowujący dzielą się na dwie grupy:
1) lubiący prezenty funkcjonalne, dla których np. srebrna grzechotka z grawerem czy smoczek na pierwszy ząbek to zbędny bibelot i kurzołapka,
2) ceniący pamiątki, dla których np. drogi fotelik samochodowy jest niesatysfakcjonującym prezentem, bo po roku-dwóch się go odsprzeda albo odda komuś z rodziny i nic z tego dziecku nie pozostanie.

Ja w sumie nie mam pojęcia, co dostałam na chrzest, może większość z tych rzeczy zostało wyrzuconych, a może nikt mi potem nie powiedział, że akurat ta lala czy miś były prezentem od danej osoby i z danej okazji, ale za to pamiętam, od kogo na komunię dostałam Biblię, łańcuszek, drugi łańcuszek, wisiorek, medalik i standardowy zegarek o złotej kopercie na białym pasku. Doskonale też pamiętam, że w kopertach znalazłam jakieś 165 albo 185 zł i za prawie połowę z nich mama kupiła mi pierwsze w życiu niebieskie dżinsowe spodnie i katanę - nie dziecięce na gumce ale klasyczne dorosłe modele.

Moja opinia taka, że prezent od najbliższych, czyli chrzestnych, dziadków i pradziadków powinien być choć troszkę pamiątkowy. Jak chcesz dać pieniądze, to może kup chociaż do tego Biblię obrazkową dla najmłodszych. Jak nie lubisz "dupereli", może zamiast funkcjonalnej ale zwykłej zabawki, którą jednak się kiedyś wyrzuci/odda, zamów dziecku profesjonalną sesję fotograficzną - kiedyś rodzice pokażą mu zrobiony po niej album i powiedzą, że właśnie dzięki Tobie ma takie piękne zdjęcia. Oczywiście nie odradzam całkowicie kupowania zabawek. Są takie misie i lale, które potrafią stać się "tym jedynym" i "tą jedyną" na kilka dobrych lat i które niektórzy trzymają przez wiele kolejnych lat w pudełku z pamiątkami gdzieś na strychu.

Moje pierwsze książki: "Moja pierwsza książka o liczbach" i "Moja pierwsza książka o kolorach" Eric Carle (1+)

poniedziałek, 5 października 2015
Najpierw trafiła do nas "Moja pierwsza książka o liczbach" Erica Carle. Siedziałyśmy akurat z Manią w szpitalu i nieźle się nudziłyśmy. Miałyśmy ze sobą kilka książek, ale w tym wieku nowa książka, to najlepsza książka :)


Obie książki oparte są na tym samym koncepcie: kartki w środku rozcięte są na pół, a czytający ma za zadanie dopasować górę z dołem. W "liczbach" są to czarne kwadraty w rosnącej liczbie na górze i owoce w różnej liczbie i losowej kolejności na dole. W "kolorach" na górze jest kolor, a na dole przedmiot/istota w danym kolorze. Oczywiście Mania jeszcze nie liczy, ale namiętnie przewraca wszystkie kartki. Ta nowość, że można nietypowo kartkować tylko pół książki, też jej się bardzo podoba.

Moje pierwsze książki: "Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie" i "Stary niedźwiedź" (9M+)

czwartek, 1 października 2015
Skuszona sukcesem "Jadą. jadą misie" kupiłam ostatnio jeszcze trzy książeczki ze śpiewanej serii wydawnictwa Muchomor. Dwie z nich również ilustrowała lubiana przeze mnie Agnieszka Żelewska.


Mania bardzo je polubiła. Ja sama nie mogę się zdecydować, którą z nich lubię bardziej. Baran jest bardzo śmieszny za to niedźwiedź taki uroczy, wcale niestraszny, chociaż może troszeczkę, jak wyje ;)

Książeczki powiększają nasz repertuar śpiewany. Podobno babcia też śpiewa. Mój mąż wyjątkowo się cieszy z barana, bo przypomina mu odcinek "Miodowych lat" z dzieciństwa, kiedy to główni bohaterowie mieli brać udział w jakimś konkursie i przewijał się tam regularnie właśnie ten kawałek. A Tomek wraz z siostrą znał już go na pamięć, gdy program się skończył.


Czas na wychowanie

środa, 30 września 2015
Ostatnio w jakiejś gazecie o dzieciach i rodzicielstwie przeczytałam, że najciężej jest z noworodkiem, a potem jest coraz łatwiej. 

Bynajmniej! U nas jest odwrotnie. Może Mania jako noworodek była bardzo angażująca, ale obsługa jej była dosyć prosta: nakarmić, przewinąć, położyć spać, przytulić i baaardzo kochać. Co najwyżej jeszcze uważać, żeby nie przechłodzić albo nie przegrzać, nie trzymać długo w leżaczku i foteliku samochodowym, nie przebodźcować. Oczywiście były nocne pobudki, były wzdęcia, Mania spała tylko na spacerze w wózku, więc o posprzątaniu mieszkania czy wydepilowaniu nóg w trakcie jej drzemki nie było mowy, ale człowiek mimo zmęczenia wiedział, co robić. Głodne - nakarmić i odbić,  wzdęcia - wymasować, dać probiotyk, ponosić wysoko albo włączyć suszarkę dla uspokojenia.

Potem ta lista potrzeb trochę się wydłużyła, trzeba było dużo więcej wysiłku włożyć, żeby w czas zorientować się, że zabawa nuży, że lepiej na spacer, że chce się spać. Bo jak już przyszło znużenie, płacz i nerwy, to bardzo ciężko było uśpić maluszka. A przychodziło nagle. Ale nadal było prosto, bo można było wychowywać intuicyjnie. Półroczne dziecko przecież nie szantażuje, tylko komunikuje swoje elementarne potrzeby, które generalnie jak najszybciej powinny być zaspokojone. Bo samo nie potrafi się ruszyć, a leżenie w zimnie, mokrej pielusze bądź z pustym brzuchem do przyjemnych nie należy. A czasem po prostu poczuje strach albo smutek i musi się przytulić. 

Trzeci dziecięcy uszytek - komin

niedziela, 27 września 2015
"A Wojtuś to ma komin. Taki z kolorowej bawełny. Są też dla dziewczynek. W różne wzorki." - powiedziała Marysiobabcia. Nie była to być może żadna sugestia, ale pojawiło się wyzwanie. W końcu jesień z pięknego polskiego babiego lata przemienia się w swoją trochę brzydszą i zimniejszą wersję.

Kupiłam więc Minky w serduszka i pasujący kolorystycznie bawełniany materiał w listki. Wszystko pasuje do czapki z szarym serduszkiem - naszego nowego nabytku od Limonki.
Szycie było wyzwaniem, bo Minky jest elastyczny i trochę ucieka, a dodatkowo drugi szew po długości nie jest taki łatwy do zafastrygowania. Wyszło prawie dobrze, w jednym miejscu tkanika jest ciut dłuższa, a w innym polar, ale komin pracuje, a do tego jest wywinięty, więc tego nie widać.

Ja szyłam z tkaniny w 100% bawełnianej, więc nie jest ona uciągliwa - pewnie komin posłuży Mani ten, może też kolejny rok. Gdyby dobrać elastyczną bawełnę z domieszką, komin rósłby przez kilka lat razem z dzieckiem.


Dzieci mają wszystko, czyli o zabawkach i prezentach

wtorek, 22 września 2015

Współczesne dzieci (no, może poza tymi najbiedniejszymi) mają wszystko. Chyba nie tylko ja spędziłam godziny, szukając prezentu dla jakiegoś kilkulatka. Czasem wiązało się to z tym, że dane dziecko mniej znałam, ale zwykle były to bliskie mi dzieci, a problem tkwił w tym, że miały one wszystko (sic!).

Relatywnie łatwo jest z noworodkiem - ponieważ skompletowanie pełnej wyprawki to zawsze spory koszt (nawet dla osób bogatych, bo wtedy sięgają po rzeczy z wyższej półki), najczęściej kupuje się większy numer ubrań, kocyk, grzechotkę, pozytywkę czy ładny ręcznik. Można też pragmatycznie przyjść z paczką pieluch czy mokrych chusteczek. Serio, to się zawsze przyda. Bliższa rodzina, chcąc kupić coś droższego, zawsze może kupić trochę na wyrost matę piankową czy matę edukacyjną, kołderkę do wózka, ew. jak już nie ma pomysłów, to np. dla dziewczynek jakąś dziecięcą złotą/srebrną emaliowaną na kolorowo biżuterię - nie zajmuje dużo miejsca (bo kupowanie dużych rzeczy na wyrost to niestety odbieranie dziecku miejsca do zabawy, w końcu czasy przepastnych PRLowych pawlaczy już minęły), a kiedyś z radością zostanie założona.

Targi rodzicielskie Mamaville

niedziela, 20 września 2015
Dzisiaj po raz pierwszy udało nam się wybrać na targi rodzicielskie. W sumie nie licząc LaMillou i MiMiu, wszystkie firmy były dla mnie nowe. Czyli fajnie, bo można było obejrzeć dużo nowych pięknych rzeczy, m.in. ubranka, materiałowe zabawki, pościele, dekoracje. Ceny jak to hand made, czyli od średnich po zaporowe.

Plusem takich targów są też mini sesje oferowane przez fotografów. Ceny są mniej więcej o połowę niższe od klasycznych sesji, bo trwają one krócej, a fotograf może zrobić ich kilka jednego dnia.

Tomek kupił Maryni książkę "Bardzo głodna gąsienica", a siostrzenicy "Zróbmy sobie arcydziełko". Ja Maryni kupiłam grube pumpy na zimę, czapkę i królika Mimiu, w którym się zakochałam. Podobał mi się i królik, i szop, i lis, ale córa wybrała królika.


Najpiękniejszą rzeczą na targach była pościel Mona Moon - przecudna, z pięknymi ręcznie malowanymi rysunkami przenoszonymi komputerowo na bawełnę, materiał algowy lub bambus, które bez wątpienia przenoszą śpiącego w krainę baśni. Prawie 200 zł za najtańszy komplet to sporo, ale z drugiej strony to chyba jedyna rzecz na targach, przy której faktycznie płaci się za sztukę, talent i kreatywność, a nie za samą metkę hand made. Pościeli 90x135 chyba nie opłaca mi się kupować, bo Marysia wyrośnie z niej, zanim zdąży ją docenić. Ale na takie 140x200 chyba się kiedyś szarpnę. Poniżej wzór, który najbardziej mi się spodobał - kolekcja Niebo z dmuchawcami i ważkami.

Źródło: monamoon.eu

Na farmie

piątek, 18 września 2015
U nas dwudniowe agrowczasy last minute. Nie dało się nie wykorzystać kilku dni ciepła :)

Drugi dziecięcy uszytek - pokrowiec na przewijak

czwartek, 17 września 2015
DIY
Właśnie skończyłam swój drugi dziecięcy uszytek - pokrowiec na przewijak. Zajął mi dwa późne wieczory po uśnięciu Mani, a na dzisiaj został tylko tunel i gumka.

Trójząb

środa, 9 września 2015
Myślałam, że jak ruszyły tak późno, to zęby będą wychodzić jeden przez drugiego, wszystkie na raz, ale znowu okazuje się, że u dzieci nic nie jest takie przewidywalne.
Dzisiaj odkryłam dopiero trzeci ząb, dolną jedynkę.

Baby zombie

sobota, 5 września 2015
Mania na urodziny dostała świetny dres od cioci Anety. Nawet nie wiedziałam, że ktoś takie "wariactwa" produkuje. Jak się okazało, takie pomysły ma firma Zombie Dash. Mają też rozmiar dla dorosłych. Niestety ceny powalają tak, jak ubrania.

1 rok!

piątek, 4 września 2015
Minął rok :) Marynia z małego ptaszka z przymkniętymi oczkami szukającego dziobkiem jedzenia wyrosła na małą panienkę. Czas się pożegnać z niemowlęctwem. Aż łezka się w oku kręci. Przez ten czas tyle się działo! Tyle zmieniało. 

Teraz zasuwa na dwóch nogach, czasami ładnie, a czasami kiwając się jak kaczuszka. Od dłuższego czasu perfekcyjnie schodzi z kanapy i wysoko zadziera nogę do wejścia spowrotem, ale nadal jest za wysoko, tylko u dziadków się jej udało wejść samodzielnie. Bierze grzebień i kizia się po włosach, bierze szczoteczkę do zębów i wkłada ją do buzi, bierze buta i klepie się nim w stopę. Niby najprostsze ruchy i czynności, a jednak wymagające pewnego zaawansowania myślowego. Klaszcze do muzyki, cmoka, jak widzi jedzenie, a ostatnio podpatrzyła mnie i pogłaskała się po brzuchu po dobrym obiedzie u babci. Macha na do widzenia gościom, gdy ubierają buty i paniom zagadującym w windzie lub na ulicy. Ludziom przypadkowo mijanym w parku czasem też.

Kocha zwierzęta, a przede wszystkim psy. Ale może tak mi się wydaje, bo widzi je najczęściej. W każdym razie na widok psa naśladuje szczekanie i nieźle jej to wychodzi. Za to krowa robi "uuuu", a owca "awe!" ;) Chciałaby mówić, ale krtań jeszcze nie ta ;)

Mania w Gruzji

czwartek, 3 września 2015
Wyjazdy Mania znosi dobrze. Do wiosny jej ich oszczędzaliśmy, bo lekarze mówią, że układ nerwowy rozwija się przez pierwsze pół roku i wtedy dziecko powinno mieć stabilizację i spokój (3C noworodka: ciepło, ciemno, cicho). Co tu dużo mówić, przez pierwszy miesiąc czy dwa niemowlę nie potrafi nawet rozpoznać, czy pochylająca się nad nim twarz należy do jego mamy czy nie.


Gruzja to kraj, do którego pojechaliśmy kilka dobrych lat temu. Bodajże w 2009, czyli niewiele po wojnie. Jeszcze gdy nie była popularnym miejscem urlopowym, kiedy to jeździli do niej wariaci z plecakami, a Marcin Meller właśnie wydawał swój "Gaumardżos". Bałam się wtedy wojny na pograniczu i dziwnego robaczkowego alfabetu. Kraj okazał się piękny, jego mieszkańcy przyjacielscy i pomocni, monastyry pełne mistycyzmu, czacza (lokalny bimber pędzony na resztkach winogronowych) mocna, domowe wino tanie, a pomidory czerwone i soczyste. Teraz większym problemem niż znalezienie marszrutki do Upliscyche w pierdolniku na dworcu w Gori było dostosowanie charakteru wyjazdu do Mani. Zrezygnowaliśmy ze słynnego hostelu u Iriny, zredukowaliśmy liczbę godzin w drodze, a marszrutki zastąpiła wynajęta terenówka z fotelikiem.

Gruzja nadal jest piękna, a jej mieszkańcy przyjacielscy. Dodatkowo okazało się, że niesamowicie kochają dzieci. Potrzebowałam chwili, by przyzwyczaić się do tego, że obcy ludzie podchodzą, zaczepiają, łapią dziecko za ręce, za pucki, głaszczą i uśmiechają się. Mania za to odnalazła się w tym otoczeniu wyśmienicie. Mój mąż swój styl robienia zakupów zrelacjonował mi mniej więcej tak: "Wchodzę do sklepu, parkuję wózek koło wejścia, bo dalej ciasno, biorę dziecko na ręce, pani sprzedawczyni wychyla się przez ladę i zabiera mi dziecko z rąk, po czym ja spokojnie robię zakupy." Pewnie zjawisko nasilało też to, że Mania jest blondynką z porcelanową cerą i przypomina aniołka, podczas gdy lokalne dzieci mają śniade cery, czarne włosy i brązowe oczy.

Podróżnik

sobota, 29 sierpnia 2015
Pierwszy lot Marysi minął lepiej niż najbardziej optymistyczny scenariusz. Na lotnisku była grzeczna, ciekawa, rozbrykana, a w samolocie zasnęła, jak tylko koła oderwały się od płyty lotniska. Trochę przez sen lubi się pokręcić,  a u mnie na kolanach było ciężej, ale jakoś dało radę. Pod koniec się obudziła, trochę złościła, że trzeba się przypiąć pasami do lądowania, ale nie płakała i nie krzyczała. Na lotnisku dostała swoją pierwszą pieczątkę do paszportu, a ja powitalnego drinka w formie butelki Saperavi.

Pierwszy dziecięcy uszytek - chustecznik

poniedziałek, 24 sierpnia 2015
DIY
Na trzydzieste urodziny dostałam od męża maszynę do szycia. Do tej pory ćwiczyłam na sobie wg wytycznych mojej szyjącej mamy - poszerzyłam spodnie, które wpadły mi w oko w sklepie, a które okazały się być zbyt opięte (to wszystko wina Mariana, żeby nie było ;p) i skróciłam spódnicę. Przyszedł czas, by uszyć coś do pokoju Mariana. Poniżej mój pokrowiec na mokre chusteczki, które nie prezentowały się za ładnie, a teraz pasują kolorystycznie do szaro-żółtego pokoju Mani. Uszyty za plecami mamy wg własnego projektu. Tadam! Bhawo ja!




Domowy twaróg

sobota, 22 sierpnia 2015
DIY
Zrobienie domowego twarogu wcale nie jest trudne. W każdym razie jego finalny etap, bo krok pierwszy "Kup wiejskie mleko w mlekomacie" zajął mi miesiąc, mimo że jedyny mlekomat na Ursynowie mieści się 600 m od mojego domu. Spuśćmy jednak na to zasłonę milczenia i wróćmy do przepisu. Przepis jest prosty i stary jak świat. Nauczyłam się go od mojej mamy, która wychowała się na wsi. Stałym widokiem w trakcie odwiedzin u jej brata i jednym z moich wspomnień z dzieciństwa było białe płótno (coś jak gęsta pielucha) zawieszone na piecu kaflowym, w którym odciskał się ser i z którego do blaszanej miski skapywała serwatka. Dostawaliśmy kawałek tego sera (bo było go kilka kilogramów) do domu wraz z mlekiem przelanym do butelek po oranżadzie, a ja nie chciałam go jeść, bo był jakiś taki suchy. No głupie te dzieci czasem są i już ;)

1. Kup wiejskie mleko w mlekomacie (u mnie 2,50 zł za 0,5 l lub 4 zł za 1 l). Albo na bazarku. Albo chociaż tzw. mleko świeże z lodówki z krótkim terminem ważności (sprawdzaj, czy to na pewno takie mleko, bo czasem producenci, żeby podszyć się pod lepsze droższe mleko każą trzymać w sklepowej lodówce zwykłe mleko UHT).
2. Nalej wybraną ilość do szklanki lub garnka i odstaw na blat na 2-3 dni aż skwaśnieje.
3. Na górze pojawi się śmietanka. Możesz ją zebrać i do czegoś użyć, jak chcesz mieć chudy twaróg. Ja zostawiłam.
4. Garnek postaw na najmniejszym palniku i gotuj na najmniejszym ogniu. Szklankę włóż do kąpieli wodnej i tak samo gotuj na najmniejszym ogniu. Wolę to drugie rozwiązanie, bo ciepło równomiernie się rozchodzi i nic nie przywiera. Oczywiście nie zrobisz tak 3 kg twarogu, chyba że w dużej misce w wielkim garze ;)
5. W zależności od ilości mleka, gotuj tak od kilku do kilkunastu minut. Temperatura mleka nie powinna być za wysoka (ok. 40 stopni). W standardowej kuchence gazowej najmniejszy ogień i najmniejszy palnik dają pożądany efekt. Jeżeli masz wątpliwości, możesz sprawdzić palcem - jak wytrzyma kilka sekund w mleku, jest ok. Jak temperatura będzie niższa niż 40 st., gotowanie zajmie więcej czasu, a twaróg będzie bardziej jedwabisty, więc o przechył w tę stronę nie ma się co martwić.
6. Jeżeli nie widzisz, czy twaróg już się zrobił pod serwatką, podnieś delikatnie zawartość szklanki/garnka łyżką. Gdy jest gotowy, przełóż go ostrożnie do sitka o drobnych oczkach lub większych wyłożonego gazą. Jak w serwatce pływają jeszcze skrawki twarogu, to też możesz ją ostrożnie przelać przez sitko. Możesz zebrać przelatującą przez sitko serwatkę, bo ma dużo witamin i minerałów (nawet więcej niż zrobiony ser). Jak sama nie masz odwagi spróbować, możesz oddać psu, kotu albo podlać kwiatki. Dla niemowlaka dobry jest twaróg lekko odciśnięty, wilgotny, niezapychający. Wtedy trzymamy ser na sitku krótko. Żeby kroić go w plastry należy go dłużej odsączać, można też gazę zawiesić np. na sznureczku lub gumce recepturce na kranie, a nawet odcisnąć.
7. Po ostygnięciu włóż do lodówki. Smaczny będzie przez kilka dni.

Smacznego! Mój aż pachniał po zrobieniu :)

Bankowanie krwi pępowinowej

piątek, 21 sierpnia 2015

 Spotkałam się z wieloma sprzecznymi opiniami dotyczącymi bankowania krwi pępowinowej, zarówno w środowisku, że tak powiem, około ciążowym, jak i wcześniej w zawodowym. Ponieważ kilka moich koleżanek będących w ciąży miało również sporo wątpliwości, poniżej piszę, jak jest, bazując na danych prawnych i medycznych. Ale zacznę nietypowo, od podsumowania, bo może niekoniecznie macie czas lub ochotę dotrwać do końca.

Użytkowanie komórek wyodrębnionych z krwi pępowinowej wcale nie jest w medycynie nowe. Jest dobrze znane i skuteczne. Natomiast ze względu na fakt, że jest to droga metoda, jest ona rzadko wykorzystywana, szczególnie w zacofanych krajach (niestety pod tym względem Polska do nich należy). Niepodważalnym faktem jest, że leczenie komórkami macierzystymi działa, natomiast prawdopodobieństwo ich wykorzystania jest niezwykle małe. Szansa użycia przechowywanych prywatnie komórek to obecnie ok. 0,25% wg zwolenników bankowania i ok. 0,005-0,05% wg jego przeciwników. Dla niektórych to nieistotna statystyka, dla innych każda możliwość zabezpieczenia dziecka jest ważna. Takie małe odsetki (rzadkie choroby, katastrofy lotnicze, itp.) wydają nam się rzadkie, wręcz nieistniejące, dopóki my bądź ktoś z naszych bliskich się w nich nie znajdzie. Bo w końcu gdzieś czyjeś dziecko choruje np. na białaczkę i dla jego rodziców to, że to dziecko znalazło się w jakimś minimalnym odsetku, nie ma znaczenia.

Do tej pory w Polsce przeprowadzono kilkadziesiąt przeszczepień komórek macierzystych z krwi pępowinowej, w tym ponad 20 u dzieci (z czego 9 z komórek przechowywanych w prywatnych bankach krwi pępowinowej). Jedynie jedno z nich (bądź dwa, zależnie od źródła) były z wykorzystaniem komórek z własnej krwi pępowinowej. Wynika to nie tylko z faktu, że bankowanie jest w Polsce młodą dziedziną (czyli większość dawców ma do kilku lat) oraz z tego, że niektórych z chorób autoimmunologicznych (mniej więcej 1/4) nie można leczyć własną krwią (gdyż chore komórki są już we krwi), a jedynie krwią osób spokrewnionych (np. rodzeństwa) bądź nie (z publicznych banków krwi). 

Oświadczenie American Society for Bone Marrow Transplantation (ASBMT) głosi, że: „prawdopodobieństwo wykorzystania własnej krwi pępowinowej jest trudne do oszacowania, ale prawdopodobnie wynosi 0,04-0,0005% w ciągu pierwszych 20 lat życia. Bankowanie dla członków rodziny jest zalecone tylko wtedy, kiedy w rodzinie jest już dziecko z chorobą, którą można skutecznie leczyć przeszczepieniem od innej osoby”. Prywatne bankowanie krwi można potraktować więc jako bardzo bardzo drogie ubezpieczenie swojego dziecka od wielu poważnych chorób, takich jak białaczka, inne nowotwory, stwardnienie rozsiane oraz urazów takich jak np. poparzenia czy uszkodzenia mięśnia lub kości. Co więcej, obecnie jeden pakiet komórek wystarcza do wieku ok. 12-14 lat, w przypadku dwóch pakietów (np. gdy mamy krew od dwojga rodzeństwa), wiek ten się przedłuża, więc zabezpiecza oboje dzieci na dłużej. Dorosłego należy leczyć ok. 2-4 pakietami komórek. Obecnie medycyna potrafi laboratoryjnie rozmnażać komórki. Ostatnio „naukowcy z Loyola University opracowali nową, eksperymentalną metodę hodowli komórek macierzystych z krwi pępowinowej (zwaną StemEx). Dzięki temu już po 21 dniach udało im się aż 14-krotnie zwiększyć liczbę komórek” (za „Przełom w leczeniu nowotworów krwi”, „Echo Dnia”, 20/12/2014) – obecnie jest to zbyt drogie dla zwykłego Kowalskiego, za kilka-kilkanaście lat być może będzie to standard, więc może okazać się, że obecnie pobrane komórki pozwolą wyleczyć dorosłe już dziecko bądź też jego rodzeństwo czy rodzica. Wtedy może okazać się, że te 0,05% stanie się 1% (co dla niektórych nadal będzie marginesem błędu).

Obecnie więc szanse wykorzystania zbankowanej krwi dla dawcy są właściwie zerowe, dla rodzeństwa – bardzo małe. Pamiętać jednak należy, że przyszłość leczenia komórkami z krwi pępowinowej jest świetlana. Ponieważ bankowanie krwi sporo kosztuje (najpierw proces pobrania, wyodrębniania w sterylnym laboratorium, potem przechowywanie latami w ciekłym azocie), a szansa jej wykorzystania jest niezwykle mała, należy się zawsze zastanowić, czy widzimy w tym sens i czy po prostu jesteśmy w stanie pozwolić sobie na taki wydatek. W mojej opinii, jeżeli uważamy się za osoby średniozamożne, lepiej pieniądze przeznaczyć na bankowanie krwi niż na zbędne ilości dziecięcych ubranek czy zabawek. Jeżeli bankowanie poważnie nadszarpnęłoby nasz budżet, chyba lepiej z niego zrezygnować. Ewentualnie, jeżeli czekamy na poród pierwszego dziecka, a po dłuższym czasie planujemy jeszcze kolejne, w przypadku, gdyby to pierwsze zachorowało, zawsze możemy pobrać komórki od drugiego (gorzej, gdy zachoruje to drugie i nie będzie go akurat dało się wyleczyć własnymi komórkami, wtedy zostaje nam podjęcie decyzji o trzecim dziecku, zdanie się na NFZ albo na dobrą wolę ludzi, publiczne zbiórki i 1% podatku). 

CO TO SĄ KOMÓRKI MACIERZYSTE 

Pierwsze smaki: nabiał

czwartek, 20 sierpnia 2015

Nabiał można wprowadzać już w 6-tym miesiącu, jak tylko dziecko oswoi się troszkę z warzywami i owocami. 

Ważną informacją jest to, że niemowlęciu nie podajemy surowego mleka zwierzęcego. Mleko krowie jest dla cielęcia, kozie dla koźlęcia, a owcze dla jagnięcia. Dla niemowlęcia jest mleko ludzkie, mleko modyfikowane, "mleko" roślinne np. owsiane albo pochodne mleka, czyli sery i jogurty. Co najwyżej można użyć trochę mleka w jakimś przepisie, np. dodać do naleśników. 

Karmienie najlepiej zacząć od jogurtu naturalnego. Dobrze, gdyby w składzie miał tylko dwa składniki, tj. mleko i żywe kultury bakterii jogurtowych. Ew. śmietanę. Większość mam unika jogurtów zagęszczanych mlekiem w proszku, gdyż jest to gorsze mleko niż to specjalne dla niemowląt (które jak sama nazwa wskazuje jest modyfikowane), a do tego jest mocno przetworzone (spróbuj tak odparować mleko, żeby został proszek). Po co to mleko w proszku w składzie? Gdzieś przeczytałam, że aby wyprodukować dobry gęsty jogurt, potrzebne jest tłuste mleko, które jest drogie. Do mniej tłustego mleka dodaje się więc np. mleko w proszku do zagęszczenia.

Kobieta w ciąży - błogosławiona czy wróg publiczny nr 1?

wtorek, 18 sierpnia 2015
Wchodziłam wczoraj do stacji metra. Przy schodach stała pani po 60-tce z typowym babciowym wózkiem na zakupy. Próbowała zaczepić młodego mężczyznę, czy by nie pomógł sprowadzić jej go po schodach. Pan może ją olał, ale raczej nie usłyszał. Podeszłam, złapałam. "Ale nie, to ciężkie, mężczyznę trzeba". "Nie ma problemu, zniosę, nie takie ciężkie". "Ale nie jest pani w ciąży, prawda?" - zawołała jeszcze za mną, jak już schodziłam po schodach. Wzruszyła mnie jakoś ta kobieta, która dbała o moje potencjalne dziecko.

Wspomnienia moje i koleżanek w zakresie przepuszczania czy ustępowania miejsca kobietom w ciąży są zupełnie różne, mimo że z większością z nich mieszkamy w tym samym mieście, a nawet dzielnicy. Mi właśnie miejsca ustępowały najczęściej kobiety w wieku 50-70 lat, mimo że te starsze same powinny siedzieć. Mimo to wręcz zrywały się z miejsca, może na wspomnienie własnych kilku ciąż, z których pewnie nie wszystkie były idealne, a może dlatego, że pamiętały dawne podłe czasy, w których człowiek nie był samowystarczalny i wręcz koniecznością było pomaganie sobie nawzajem. Znowu niektóre koleżanki wspominają, że panie w średnim wieku nigdy nie ustąpiły miejsca, a jeszcze potrafiły komentować, że jak sobie zrobiła dziecko/bachora, to niech stoi. Niektóre nie wytrzymały i odpowiadały coś o przyszłych emeryturach tych pań bądź o tym, że życia poczętego to na marszach bronią, a w życiu nie bardzo.

Marysia karmi mamę

niedziela, 16 sierpnia 2015
Strasznie śmieszna akcja. Wzięłam galaretkę, a że dzieciaki lubią poznawać nowe konsystencje i na blogach widzę, że sporo mam daje dzieciom np. miski z różnymi kaszami albo żele z mąki ziemniaczanej do zabawy (a ile w realu?), a Mania zaglądała jak zawsze ciekawska, pomyślałam " A masz, porozwijaj się" ;) Najpierw z radością głaskała galaretkę. Potem próbowała wepchać palce do środka. Jak u się udało urwać jakieś skrawki zaczęła... mnie nimi karmić. No szok. Łapała kawałeczki galaretki i wkładała mi je do buzi. Śmiechu było co niemiara. Dopiero ma koniec sama spróbowała, co ma w rękach i od tej pory galaretka trafiała tylko do małej buzi.

Pierwsze trzy kroki bez trzymania

sobota, 15 sierpnia 2015
Zapomniała się trzymać i poszła :)

Drugi ząb

piątek, 14 sierpnia 2015
Niepostrzeżenie u Marysi pojawił się kolejny ząb. Siedziała na podłodze i ruszała szczęką, jakby coś żuła. Od jakiś trzech tygodni jest to znak, żeby wsadzić palca do paszczy i sprawdzić, co tam jest, bo Marynia ma już zwyczaj wkładania do buzi wszystkich znalezionych na podłodze paprochów. A tu niespodzianka! Falbanka dolnej jedynki :)

Prezenty z Krecikowa

środa, 12 sierpnia 2015
Tata Marysi był w ojczyźnie krteka i przywiózł piękne prezenty. I jak tu z dzieckiem nie obejrzeć bajki ;)

Pierwsze smaki: co jest w słoiczkach

wtorek, 11 sierpnia 2015
Zacznijmy od tego, co jest w słoiczkach. Jeżeli gotujemy same, to może warto się zainspirować. A może akurat nie mamy w warzywniaku pasternaku, a chętnie dziecku dałybyśmy coś nowego, więc może warto wtedy kupić słoiczek. Oczywiście nie patrzcie na to, że jak burak jest poniżej na liście od 7 m-ca, to wcześniej dziecku nie można go podać. Raczej wynika to z tego, że albo dany składnik może być ostrzejszy i najmniejszym niekoniecznie smakować (Marynia na początku nie zjadła właśnie buraka i brokuła, potem poszły) albo z tego, że dana firma na dany wiek wypuszcza po kilka rodzajów słoiczków i nie da się wsadzić do nich wszystkiego. Wiek poniżej (od 4 m-ca) jest podany dla dzieci karmionych mlekiem modyfikowanym (czyli najwcześniej, kiedy wg producenta można dane słoiczki podać), przy mleku naturalnym wszystko zaczynamy trochę później, oczywiście możemy potem szybko nadganiać. Jak decydujecie się podawać dziecku jedzenie słoikowe, to radzę, żeby przy obiadkach za długo nie utknąć w jednym przedziale wiekowym. Dla wyższego wieku jedzenie jest mniej rozdrobnione i nie ma sensu 8-miesięczniakowi podawać gładziutką maź przeznaczoną dla 4-miesięczniaka. Poniższą listę stworzyłam w oparciu o ofertę Gerbera, Bobovity, Babydream i Hipp.

WARZYWA
4 m.ż.:
- marchew (zestalająca stolce),
- ziemniak,
- dynia,
- pasternak, 
- brokuł,
- kalafior,
- zielony groszek,
- w mieszankach dodatkowo: pietruszka, seler.
5 m.ż.:
- słodki ziemniak,
- kukurydza,
- w mieszankach dodatkowo: cukinia, cebula, por, pomidor
7 m.ż.:
- pomidor,
- burak

OWOCE

Pierwsze smaki: początki żywienia

poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Nie jestem lekarzem, ale o żywieniu niemowląt przeczytałam kilka książek, więc dla tych, co nie mają czasu pozwolę sobie zrobić z tego pigułkę wiedzy. Tym bardziej, że zalecenia często się zmieniają, więc na szybko złapana stara książka może bardziej namieszać niż pomóc. Oczywiście zawsze można pytać o różne rzeczy pediatry przy okazji np. szczepień. 

KIEDY?
Na początku maluszek często zje tylko 1-2 łyżeczki nowych pokarmów, więc pierwszy tydzień-dwa to raczej próbowanie niż faktyczne jedzenie. W Polsce matki jak modłę powtarzają, że WHO zaleca wprowadzanie stałych posiłków od 6 miesiąca, szkoda, że nikt nie przeczytał tego raportu, na który się powołuje. O nim spróbuję napisać niedługo. Polskie autorytety żywienia dzieci i niemowląt, czyli profesorowie i doktorzy tym się zajmujący z czołowych instytutów zalecają, żeby dziecko sześciomiesięczne zjadało już jeden pełny posiłek. Żeby to zrobić, "smakowanie" dobrze jest rozpocząć już w piątym miesiącu (na początku, w połowie, pod koniec, wszystko jedno - wtedy, kiedy Wasze dzieciaki będą na to gotowe). Druga szkoła, nie książkowa, to szkoła intuicji. Uczy, by karmienie rozpocząć, kiedy dziecko jest na to gotowe. Jak to rozpoznać? Przede wszystkim, gdy zaczyna wyciągać ręce do Waszego talerza i świdruje oczami, gdy coś wkładacie do ust. Oczywiście można z karmieniem czekać do momentu, aż dziecko skończy 6 miesięcy, ale nie ma co terroryzować matek, które zrobiły to trochę wcześniej.

Natomiast zdarzają się i lekarze, którzy już trzymiesięczniakowi na piersi każą podawać obiadki, bo "jakieś chude" i takich lekarzy należy unikać. Niemowlę to nie świnia tuczna. Ma prawo być szczupłe, tak jak Ty masz prawo być niska albo ruda. Jeżeli faktycznie jest bardzo szczupłe, to niech lekarz da lepiej skierowanie na badanie ogólne moczu, morfologię, ew. D3 i hormony tarczycy, żeby wykluczyć problemy zdrowotne. Oczywiście mowa o normalnie najadającym się dziecku - jak uważasz, że może mieć z tym problem, może warto skontaktować się z pielęgniarką laktacyjną.


Żar tropików

czwartek, 6 sierpnia 2015
Kiedyś był taki serial. Z 'Hulk' Hoganem. Z czasów dzieciństwa. Jedyne, co pamiętam, to że pływał wypasioną motorówką.

Teraz żar tropików mamy w Warszawie. Jest 21:30 i mamy 33 stopnie Celsjusza. W domu "tylko" 27. Mam dylemat czy otworzenie okna pomoże czy wręcz przeciwnie. Mania umęczona, głowa mokra,  jak się przytula, to się przykleja. Do tego trochę nuda, bo po południu nie da się wyjść z domu.

Ostatnim razem w taki upał siedziałyśmy w szpitalu, więc i tak jest lepiej. Ale mam nadzieję, że to ostatni taki upał tego lata.

Przytulanie i pierwszy buziak

wtorek, 4 sierpnia 2015
Wiele niemowląt jest radosnych prawie od urodzenia. Ale niektóre są poważne, mało się uśmiechają, prawie nie lubią się przytulać. Taka była Marynia. Czasem dała się przytulić, a czasem przytulającego odpychała. Gdy się przytuliła sama, to najczęściej okazywało się, że jest chora. Nie jest jedyna. Niektóre moje koleżanki wręcz się martwią, że ich kilkumiesięczne dzieci nie lubią się przytulać. Jak odpowiadam im, że Maryni minęło dopiero w wieku 10-11 miesięcy, oddychają z ulgą.

Od niedawna Mania śmieje się coraz więcej, potrafi chować się za zasłonką i robić akuku czy zaczepić i uciekać na czworaka, piszcząc przy tym i wybuchając śmiechem. Jest naprawdę cudowna.

Wczoraj przeszła samą siebie. Wkładałam pranie do pralki, kucając, a ona stała za mną i ciągnęła mnie za bluzkę. "Zamiast mnie tak ciągnąć, lepiej daj buzi" - powiedziałam, bo o czymś trzeba przecież z dziećmi rozmawiać. A ona przedreptała, trzymając się za mój rękaw i... dała! Na kolejną prośbę jeszcze raz i tacie też, więc nie był to przypadek. Dzisiaj po przyjściu z pracy też dostałam buziaka. Mania sama ciągnęła moją twarz. Jestem w szoku :D

Pierwszy ząb

niedziela, 2 sierpnia 2015
Jeszcze rano sprawdzałam na dole i nic nie było. A tu Mania się roześmiała i na górze zobaczyłam ledwo widoczną linię lewej jedynki. Wreszcie!  Wczoraj skończyła 11 miesięcy, a od co najmniej kilku miesięcy "szły zęby". To "Zęby idą"/"Może zęby?" to taki rodzicielski wytrych na gorączkę, marudzenie, większy płacz. I tak przez kilka miesięcy. 

Pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać, kiedy dzieciom wyrzynają się zęby, jak Mania zaczęła się ślinić w wieku ok. 3 miesięcy. Akurat byłam na fitnessie dla mam z dziećmi i jak zobaczyłam starszą od Marysi dziewczynkę z żyrafą Sophie w buzi, zapytałam jej mamy, kiedy zaczęły wychodzić jej zęby. Dowiedziałam się, że dziewczynka ma 8 miesięcy i nie ma żadnego. Powiedziałam, że Mania się masakrycznie ślini. "Eee tam, moja się tak ślini od pół roku, a zębów jak nie było, tak nie ma". 

Dzięki tej rozmowie przyjęłam założenie, że niezależnie od ślinienia i marudzenia, zęby szybko się nie pojawią. I dobrze, bo Mani rówieśnicy Kuba i Zosia mają już po 7-8 zębów. A u nas do tej pory nic. Mimo faz namiętnego gryzienia wszystkiego, czasami z histerycznym płaczem, na który pomagał tylko środek przeciwbólowy, mimo tego, że lekarz już dwa miesiące temu stwierdził, że dziąsła są mocno spulchnione, więc zaraz wyjdą zęby. Taki typ.

Za to zostałam ekspertem w dziedzinie karmienia bezzębnych dzieci, bo przecież 11-miesięczniakowi nie dam papki :p

Wózek dla lalek Moover

sobota, 1 sierpnia 2015
Dzisiaj odebraliśmy dla Mani pierwszy zabawkowy wózek. U kolegi z pracy synek szybko rozruszał się przy pchaczu, więc się zachęciłam do spróbowania. Kusił mnie wózek lub taczka, bo są zabawkami, która posłużą dłużej niż pchacz edukacyjny. Póki co, Mania chodzi nieźle, ale jednak asekuruje się przy kanapie, miałam więc wątpliwości, czy sobie poradzi z utrzymaniem równowagi albo czy się nie oprze się na nim na tyle mocno, że go przeważy i się przewróci. Google podpowiedział, że nie powinno być tak źle i stwierdziłam, że najwyższej wrzucę do na miesiąc do piwnicy, jak okaże się zbyt wczesnym strzałem. A że kocham drewno i rzeczy troszkę w starym stylu, w naszym domu pojawił się piękny czerwony Moover :)

zdjęcie producenta

Producent pisze:

Wózek dla Lalek Moover jest klasyczny, a zarazem nowoczesny. Przy jego projektowaniu nacisk położono na to, co dzieci najbardziej lubią oglądać, dotykać i jak się bawią. Wysoka jakość produktu stwarza dziecku najlepsze z możliwych warunków do zabawy. Wózek dla Lalek Moover jest odpowiedni dla lalek małych i dużych.
Wózek został wykonany z wysokiej jakości okleiny brzozy i wyposażony w masywne drewniane koła z gumowymi obiciami. Tylna część została wykonana z jednego kawałka cienkiego forniru. Dostarczany produkt jest już zmontowany i gotowy do użycia.
Uczenie się: Poprzez zabawę dziecko uczy się dbać o lalki, chce, aby czuły się bezpiecznie i układa je do snu. Jest to naśladowanie zachowań dorosłych, które jest tak istotne w procesie wychowania dziecka.
Bezpieczeństwo: Wózek dla Lalek Moover nie jest przeznaczony do nauki chodzenia. Aby wesprzeć ten proces nauki zaleca się korzystanie z Chodzików dla Dzieci Moover, które zostały specjalnie w tym celu zaprojektowane. Podobnie jak ma to miejsce w przypadku wszystkich zabawek, dziecko powinno być podczas zabawy nadzorowane.
Wiek: powyżej 1 roku (gdy dziecko jest w stanie chodzić pewnie i bez pomocy)

Mimo ostrzeżeń producenta wózek okazał się być świetnie wyważony. Mania złapała go i zrobiła kilka niepewnych kroków, a potem poszła jak stara! Niektóre wózki czy pchacze mają tak skonstruowane koła, że nie można się przy nich zbyt szybko rozpędzić. Tu takich ograniczeń brak, ale nie stanowiło to problemu. Póki co, Marynia nie opatentowała jeszcze zatrzymywania się i zderza się ze ścianami. Misiów i lalek nie chce wozić - wszystkich pasażerów na gapę natychmiast wyrzuca.

Chyba jedyną wadą tego wózka jest jego cena. Nowy kosztuje ok. 340 zł. Mi udało się kupić używany model za mniej niż pół ceny.

Pierwsze conversy

sobota, 1 sierpnia 2015
Pierwsze conversy kupiłam sobie w wieku 27 lat. Mania swoje dostała w wieku 11 miesięcy. Trochę duże, bo to najmniejszy "dorosły" zminiaturyzowany model, ale czekają zawinięte w pergamin w szafie. Szaleją ciotki, oj szaleją...

Bogactwo jedzenia

poniedziałek, 27 lipca 2015
Oglądałam jakiś czas temu polską edycję programu "Top Chef". W jednym z końcowych odcinków Kasia, późniejsza zwyciężczyni, opowiadała, że w obecnej pracy bardzo lubi wykorzystywać mango. Wspominała, jak to w wieku 16 lat dostała pierwszy raz ten owoc od mamy. W sklepach były dostępne np. jogurty o smaku mango, ale to był całkiem inny smak. Tu smak był świeży, intensywny, wręcz oszałamiający, a słodki sok kapał po brodzie.

Niedawno trochę starsza ode mnie znajoma wspomniała: "Ostatnio mama opowiadała mi jak to w PRLu dziadek kupił mi w Peweksie ananasa. A ja plułam nim równo ku rozpaczy rodziców".

Dlaczego to piszę? Nasze dzieci żyją już w innych czasach, czasach dobrobytu. Nie musimy już karmić ich zimą jabłkami, a latem truskawkami. Chociaż oczywiście sezonowe owoce są bardzo dobrym wyborem. W sklepach w dużych miastach na stałe można kupić różne wręcz dziwne owoce, w mniejszych miastach też co jakiś czas się pojawiają.

Mania zna już smak mango, passiflory, awokado czy miechunki. Jadła już topinambur, krem ze szparagów i sama nie pamiętam, co jeszcze. Część rzeczy takich, o których istnieniu sama nie wiedziałam kilka lat temu.

Szczęściara? Niby tak. Dobrze, że ma takie możliwości poznawcze. W swoim dzieciństwie z ryb miałam do wyboru mintaja albo morczuka, wędzoną makrelę, potem jeszcze dorsza. I tuńczyka z puszki. Mania jadła już dorsza, łososia atlantyckiego, pstrąga, łososia bałtyckiego, doradę, świeżego tuńczyka, halibuta, kurka czerwonego i parę innych. Mam nadzieję, że rozsmakowała się w rybach, bo przy takim wyborze przykre jest, że sporo dzieci je tylko praktycznie bezwartościową pangę (bo nie smakuje rybą, ale właściwie nie smakuje niczym). Z "dodatku skrobiowego", jak piszą u nas na pracowniczej stołówce, w moim domu można było wybierać między ziemniakami, ryżem i kaszą gryczaną. Czasem upaćkaliśmy z bratem pół kuchni tłuszczem, robiąc frytki. W mojej obecnej kuchni znaleźć jeszcze można kaszę jaglaną, jęczmienną, komosę ryżową i bulgur. A w sklepach jeszcze więcej. Na pewno jest zdrowiej i bardziej różnorodnie.

Ale tak z drugiej strony: dzieci mają wszystko. Nie ma tego radosnego oczekiwania na Święta i na moment, gdy w wiadomościach podadzą, że statek z cytrusami wpłynął do portu. Nie ma tej radości z pierwszego razu i późniejszych wspomnieć, jak to pierwszy raz zjadło się mango albo melona. Tego szoku nowym smakiem. Nasze dzieci będą musiały iść chyba do Atelier Amaro lub Tamki w Warszawie czy Muggi w Poznaniu, żeby coś ich kulinarnie zaskoczyło. Szczególnie te wielkomiastowe, które niby mają lepiej. 

A co jeszcze jest smutne, coraz mniej dzieci ma możliwość zjeść agrest, maliny czy porzeczki prosto z krzaka. Ja po czereśnie wychodziłam na drzewo, siadałam okrakiem, z podwójnych robiłam kolczyki i plułam z góry pestkami. Nigdy tego nie zapomnę. To se ne wrati, jak mawiają nasi pogubieni bracia Słowianie. Teraz Maryni kuzyni, mimo takiej możliwości, wolą powiedzieć przed komputerem, a do rwania czereśni wyganiają dziadka.

Więc, mimo że niektóre niezdrowe, oprócz tych wielkomiejskich pokażę też Mani moje małomiasteczkowe smaki z dzieciństwa: chleb ze śmietaną i z cukrem, chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym, makaron z truskawkami, placek z rabarbarem czy placki ziemniaczane z cukrem (tak wiem, dziwne, dzieci sąsiadki tak jedli, a ja z nimi).

Moje pierwsze książki: "Jadą, jadą misie" (9M+)

sobota, 25 lipca 2015
"Jadą, jadą misie!" to książka z popularną piosenką nieznanego autora i rewelacyjnymi rysunkami Agnieszki Żelewskiej. Postacie i przedmioty na rysunkach są duże, wyraziste, przy rysowaniu niektórych z nich autorka naśladowała kreskę dziecka.


Tekstu na kartkach jest niedużo. Można śpiewać :) Ci co się wstydzą, mogą puścić z YouTube. Marynia kartkuje ją namiętnie.


Książka jest solidna, całokartonowa z zaokrąglonymi rogami. Wydało ją nieznane mi wydawnictwo Muchomor www.muchomor.pl Cena detaliczna to 12 zł. W serii są jeszcze inne zobrazowane piosenki: "Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie?", "Krakowiaczek jeden", "Jedzie pociąg z daleka", "Stary niedźwiedź".
 

Warsztaty "Bezpieczny maluch"

środa, 22 lipca 2015
Dzisiaj byliśmy z mężem na warsztatach "Bezpieczny maluch" prowadzonych w Szpitalu im. Św. Rodziny przy ul. Madalińskiego. Warsztaty te prowadzi niezależna organizacja i korzysta z uprzejmości szpitala oraz innych placówek w innych dużych miastach. Są one całkowicie bezpłatne, gdyż finansowane są przez sponsorów, natomiast reklama nie jest nachalna - dostaje się reklamówkę z ulotkami i próbkami, dookoła stoją banery, a kilkuminutowy wykład ma Polski Bank Komórek Macierzystych (powiedzmy merytoryczno-reklamowy). W mojej paczuszce były ulotki fotelików i wózków (Quinny, Maxi Cosi, Britax i BeSafe), próbki balsamu Palmer's, butelka wody Mama i ja, karta Lifestyle od Superpharm z kuponami zniżkowymi (nieaktualnymi), a także myjka od Fiki-Miki z ulotką o ich materacykach oraz poduszkach dla ciężarnych i do karmienia. Nie lubię reklam, ale ze względu, że dzięki tym sponsorom mogłam bezpłatnie poszerzyć swoją wiedzę, to ich w drodze wyjątku wymieniłam.

Warsztaty skierowane są do kobiet ciężarnych i świeżo upieczonych mam (z osobami towarzyszącymi). Z jednej strony lepiej pojawić się na nich jako świeży rodzic, bo naprawdę ciężko pamiętać do "po porodzie" to, co przeczytało się w poradnikach, nauczyło w szkole rodzenia czy na kursach. Z drugiej strony, nie każdy ma gdzie maluszka zostawić (chociaż można też zabrać, na moich warsztatach jeden noworodek spał w wózku, a niemowlak bawił się na kolanach mamy), a po porodzie na częściach dotyczących ciężarnych można się troszkę nudzić.

W programie były:
1) 10-minutowa prezentacja pracownicy szpitala o możliwości porodu w tym szpitalu, standardach sal, pobycie osoby towarzyszącej, itp.
2) 10-minutowa prezentacja Polskiego Banku Komórek Macierzystych o bankowaniu krwi i wykorzystaniu komórek Macierzystych (z paroma nieścisłościami merytorycznymi i ważnym w mojej opinii niedomówieniem), ale jako wprowadzenie ok.
3) Warsztat ratownika medycznego, jak radzić sobie w przypadku omdlenia, zadławienia i zasłabnięcia kobiety ciężarnej (prezentowany na chętnym tacie).
4) Warsztat ratownika medycznego, jak radzić sobie z zadławieniem, bezdechem, utratą przytomności, oddechu i krążenia u niemowlaka (prezentowany na fantomie).
(przerwa)
5) Krótka prezentacja działania i montowania adaptera do pasów dla osoby ciężarnej.
6) Warsztat, jak kupować fotelik, jak go montować i na co zwracać szczególną uwagę. Trochę w tym zakresie czytałam i uważam go za bardzo merytoryczny. Ratownik jako bardzo dobre prezentował foteliki czterech firm i informował, że zasadniczo każdy fotelik z trzema gwiazdami jest dobry, więc nie był to absolutnie wykład sprzedażowy. Kilka słów poświęcił też fotelikowi 9-13 kg.

Chciałam bardzo pochwalić pana ratownika, gdyż był charyzmatyczny, potrafił utrzymać uwagę wszystkich i miał bardzo zabawne wtrącenia, więc sala co jakiś czas wybuchała śmiechem, mimo upału i tego, że większość tatusiów była po pracy.

Rozpiska warsztatów na bezpiecznymaluch.com.pl a zapisy przez formularz na stronie.

Zachęcam i zapraszam:)

Druga wizyta w ZOO

niedziela, 19 lipca 2015
Dzisiaj drugi raz byliśmy z Marysią w ZOO. Mamy karty roczne, więc będziemy tu często zaglądać. Zresztą ZOO jest najfajniejsze np. w marcu, kiedy ludzi jest bardzo mało, a zwierzęta nie zdychają z gorąca. Co ciekawe nawet afrykańskie zwierzęta, np. lew, dużo lepiej radzą sobie w taką pogodę (w każdym razie nie leży on cały czas plackiem).

Mania kocha zwierzęta, potrafi do nich piać, pohukiwać i wyciągać ręce. Zaskakuje mnie to, że tutaj potrafi zignorować wielkiego słonia, a żywo reagować na widok jakiejś kózki. Ma trochę inne podejście niż ktoś dorosły, dla którego egzotyczne = fajne, a polskie = nudne. I dobrze!


Pierwszy kucyk

piątek, 17 lipca 2015
Udało mi się zrobić Mani pierwszego kucyka, w moim dzieciństwie nazywanego cebulką ;)

Renowacja krzesełka Ikea Blames / Ikea Blames feeding chair makeover DIY

środa, 15 lipca 2015
DIY
Decyzja w temacie krzesełka do karmienia nie była dla mnie trudna. Od razu wiedziałam, że nie chcę plastikowo-ceratowego potworka, a krzesła drewniane regulowane typu Stokke były bardzo drogie. Fora potwierdziły, że krzesełka Ikeowskie to dobry i optymalny wybór. Wybrałam droższy drewniany model Blames, bo nie lubię plastiku, a drewno wręcz przeciwnie - to bardzo szlachetny materiał.
Obecnie w ofercie sklepu te krzesła są tylko w kolorze czerwonym i czarnym. Kiedyś były jeszcze dostępne z polakierowanego naturalnego drewna. Ponieważ żaden z bieżących kolorów nie pasował mi do wystroju wnętrza, postanowiłam je przemalować. Kupiłam na Olx.pl używany, troszkę obdrapany egzemplarz za pół ceny, podkład, brązową farbę i zabrałam się do pracy. Resztę rzeczy miałam, gdyż czasem ozdabiałam przedmioty techniką decoupage'u. Technika ta zresztą bardzo spontanicznie znalazła zastosowanie również przy krzesełku. Efekt jest zadowalający nawet dla mnie, lekkiej pedantki ;)


KROKI

Moje pierwsze książki: dotknij i poczuj (6M+)

piątek, 10 lipca 2015
Chyba moje ulubione ;) Książeczki, które posiadają różne ukryte tekstury, głównie futerka i materiały zaskakują. I to nie tylko dzieci - sama nie mogłam się powstrzymać, by nie pogłaskać milutkiego noska prosiaczka :D

Pierwsza taka nasza książka i najlepsza, to angielska "Quack quack". Jest w niej sporo futerek, ale też aksamitny nosek świnki.



Moje pierwsze książki: Pacynkowe bajeczki (3M+)

czwartek, 9 lipca 2015
Pierwszą książkę z serii "Małpkę Manię" kupiłam z racji tego, że była o Mani. Bardzo szybko się u nas przyjęła, więc dołączył do niej "Hipcio Henryk" tej samej autorki, Kay Widdowson.


Książeczki wydało wydawnictwo Olesiejuk (w swojej ofercie posiadają dużo niezłych dziecięcych książek). Są one całokartonowe z zaokrąglonymi rogami oraz wpuszczoną w karton głową zwierzątka, w którą można od tyłu włożyć palec i ruszać przy czytaniu.

Obrazki są wyraźne, kolorowe, tekstu jest niedużo (tak małe dziecko jeszcze nie potrafi zbyt długo wpatrywać się z jeden obrazek) - nam się bardzo podoba :)


W serii jest jeszcze "Kurczak Kuba", "Królik Karol", "Krówka Klara", "Lew Leon", "Słonica Sonia" i "Myszka Marysia". Cena to 7,90 zł - 9,90 zł.
 

PS. Ciężko mi było zrobić zdjęcia, bo na połowie z nich był mistrz drugiego planu - małe rączki ;)

Wreszcie w domu

środa, 8 lipca 2015

Wreszcie nas wypuścili. Jak wyszłyśmy z windy i Marynia zobaczyła nasze drzwi, to strasznie się ucieszyła. Nawet nie myślałam, że je pozna.

W domu szalała. "Biegała" z kąta w kąt, rozrzucała swoje zabawki, "rozpakowała" nasz plecak. Banan od ucha do ucha. Nawet przez chwilę zapomniała wisieć na mojej nodze.

Okazało się, że antybiotyk był jednak do dzisiaj. Wczoraj Maryni pobrali krew z główki, a później przypomnieli sobie, że nie wymienili jej wenflonu i nie było opcji, żeby został na jeszcze jedną dobę. Szkoda, że nie przypomnieli sobie wcześniej, to mogliby zrobić jedno wkłucie i pobrać krew przez wenflon.

Mam nadzieję, że już tu nie wrócimy, chociaż Marynia ma taki układ nerek, że infekcje będą raczej wracać.

Może szpital nie był fajny, ale lekarze byli na pewno kompetentni, rozmawiali z rodzicami i wyjaśniali wątpliwości. Jeżeli coś kiedyś by się działo, pewnie wrócimy na Niekłańską. Ostatnio koleżanka pojechała z półroczniakiem z zapaleniem oskrzeli do szpitala MSWiA, a wypuścili ich z zapaleniem płuc.

Moje pierwsze książki: książki tekstylne (3M+)

środa, 8 lipca 2015
Książki tekstylne uważam za najlepsze książki dla malucha, którego schemat poznawczy to oko-ręka-buzia. Są właściwie niezniszczalne. Przy pobrudzeniu/ulaniu albo co jakiś czas przy ślinieniu można je wrzucić do pralki na cykl 30 stopni.
 
Długo naszym hitem nr 1 była książeczka Leka z Ikei za 29,99 zł. Zalecana przez producenta dla dzieci powyżej 6 miesiąca życia, ale u nas poszła w obroty wcześniej. Lubimy ją za różne faktury, szeleszczące elementy, wystające elementy, zwierzątka i coś, co mają wszystkie zabawki z Ikei - długaaaśne metki. Bo wszystkie niemowlęta kochają metki (a jak już mają te 2-3 lata, to wszystkie jak jeden mąż ich nienawidzą). Fajna jest też zawieszka, bo można przyczepić ją do smyczki, jak dziecko wejdzie w fazę wyrzucania wszystkiego z wózka.


 

Moje pierwsze książki: książki kontrastowe (0-6M)

wtorek, 7 lipca 2015
Książeczki kontrastowe o prostszych rysunkach można pokazywać dzieciom teoretycznie już od urodzenia, w praktyce bardziej od drugiego miesiąca i oczywiście dawać do rąk, jak już będą w stanie je złapać.


Książki kontrastowe wydaje:
1) Wydawnictwo Wilga - seria "Książeczki kontrastowe", m.in. "Moje pierwsze obrazki", "Jakie to ciekawe!", "Zwierzęta wokół nas" rekomendowane od 3-ego miesiąca i takie z dodatkiem kolorów od 6-ego m-ca np. "Nasze buzie", "Zwierzęta tu i tam", " Świat dzidziusia", "Świat wokół nas" - 9,90 zł za 10 stron.


Moje pierwsze książki: wprowadzenie

poniedziałek, 6 lipca 2015
Mój mąż i ja kochamy czytać. U mnie teraz, jak to u matki, trochę mniej czasu na czytanie, ale wieczorem jak Mania śpi czy to w metrze, na urlopie czy to w szpitalu (ehm), zawsze się go troszkę znajdzie. 

Ku naszej radości, nasze dziecko też kocha książki. Obecnie dużo częściej widzę ją kartkującą jakąś książkę niż bawiącą się czymś innym.

Czytać można nawet noworodkowi. Niektórzy czytają dzieciom od urodzenia, inni już w czasach, gdy są one w brzuchu. Noworodek jest mało wymagający - jeszcze nie łapie książek w ręce, jeszcze ich nie gryzie, ba! jeszcze ich nie widzi (poza niektórymi książeczkami kontrastowymi). Możemy więc czytać mu zarówno książki dziecięce całokartonowe, te z miękkimi kartkami np. z serii "Poczytaj mi, mamo", jak i własne lektury ;) Maryni było wszystko jedno, więc dzieliłam się z nią swoimi kryminałami albo czytałam i jej i sobie "Mikołajka".

Pamiętam książki mojego dzieciństwa. Bardzo je lubiłam, część kochałam, kilku nie lubiłam, bo jakoś nie podeszły mi obrazki. Moja najkochańsza była "Masza i niedźwiedź". Wg mojej mamy znałam ją na pamięć, kazałam czytać codziennie i była już praktycznie w strzępach, gdy mamie udało się kupić drugą identyczną. Byłam tak mała, że w ogóle tego nie pamiętam. Ale jakimś dziwnym trafem jak byłam 10 lat temu we Lwowie i koleżanka Ukrainka chciała mi sprezentować prostą bajeczkę do nauki rosyjskiego, wybrałam na bazarze właśnie "Maszę i Niedźwiedzia". Przypadek?

Szpital

sobota, 4 lipca 2015
Szpitale są złe. Z założenia. Nikt tam dobrowolnie nie chodzi. Chyba że ktoś odwiedza kogoś, kogo kocha. 

Siedzimy na patologii niemowląt w szpitalu na Niekłańskiej na Saskiej Kępie. Po ok. 30 godzinach, 4 nurofenach, kroplówce i 5 pierwszych dawkach antybiotyku udało nam się zbić gorączkę dochodzącą do 40 stopni. Późniejszy posiew potwierdził bakterię E. Coli. Pacjent był prawie zdrowy, ale trzeba było skończyć antybiotyk. Zdrowy, co nie znaczy, że zadowolony. 

Po pierwszych zabiegach Marynia reagowała płaczem na widok salowej wchodzącej z czystym workiem na śmieci. Na początku była baardzo smutna, potem pojawiły się weselsze momenty. Odwiedziły nas nawet panie z Fundacji Dr Clown i zostawiły balonowego pieska i clowni nosek. Tata w tym nosku był bardzo śmieszny.

Obsługa miła, pomocna, informuje, co się dzieje czy jakie leki podaje. Tylko wchodzą do sali jak do saloonu w westernie. 6 rano: jeb! temperatura, 7: jeb! kieliszek z probiotykiem, 7:50: jeb! wymiana worków na śmieci, 8: jeb! antybiotyk, 8:30: jeb! Ile kup było i co jadła?, 9: jeb! obchód, 10: jeb! mycie podłogi, itd. Po południu rzadziej, ale i tak zgodnie z prawem Murphy'ego po ponad godzinnym usypianiu i zaledwie kilkunastu minutach spania będzie jeb! W nocy też wesoło - najpierw o 23:30 wpada pani od gorączki i ledwo uda się to biedne rozkrzyczne dziecko utulić do snu, a wpada pani z antybiotykiem. Tylko raz personel wpadł na pomysł, żeby zrobić to razem. Ja rozumiem, że to nie spa i nie hotel, wygód nie ma, ale sen to jednak istotny sprzymierzeniec zdrowia. Oczywiście tak jest chyba wszędzie. Jak leżałam na Patologii Ciąży z Manią, to 4 rano okazała się być najlepszą godziną do robienia KTG. Przy tym wszystkim trzeba pamiętać, że pielęgniarka to funkcjonariusz państwowy i nie można jej udusić, bo się z więzienia już nie wyjdzie.

W szpitalu panuje nadal gospodarka niedoborów. Że papieru toaletowego nie ma, to już standard. Ale że mydła w łazience nie ma, to słabo. Jest tylko w sali, żeby było dla lekarzy. Ciekawe, co by na to powiedział Sanepid. A jeść w sali nie można ze względu na higienę, buhaha - czystszy mój obiad niż tutejsze klamki. Więc żeby zjeść obiad, należy zostawić płaczące dziecko w łóżeczku, bo jemu za to nie wolno opuszczać sali. 

Do tego wszystkiego dorzućcie sobie wschodnie okna, ponad 30 stopni i totalny zaduch. Nie ma czym oddychać, nie ma jak zrobić przeciągu. I tak dobrze, że są rolety. Zostawiam jedno okno uchylone, żeby trochę powietrza weszło, ale ze względu na brak różnicy temperatur obieg jest prawie zerowy. W nocy robi się chłodniej, przykrywam Marynię, bo coś się glut zbiera. Wstaję ostrożnie z mojej powyginanej trzeszczącej polówki przed 6 rano, jak na dworze jeszcze jest 16 stopni, szczelnie przykrywam Manię i mocno otwieram okna. O 8 jest już 20 stopni, więc zamykam. O 9 na dworze jest już 26 stopni i mam wrażenie, że z mojego wietrzenia nie zostało ani śladu.

Wczoraj, najprawdopodobniej w odpowiedzi na antybiotyk, pojawiła się biegunka, ale słabsza niż kiedyś przy rota. Dzisiaj znowu Marynię zacewnikowano i pobrano mocz do badań. Prawdopodobnie ostatnia dawka antybiotyku i będziemy tu wegetować, czekając dwa dni na posiew. Masakra!